f l y f i s h i n g . p l 2024.06.19
home | artykuły | forum | komis | galerie | katalog much | baza | guestbook | inne | sklep | szukaj
Bieżące informacje
Pstrąg i Lipień nr 42
KRÓLEWSKI PORADNIK WĘDKARSKI Z INDII Z XII W.

Jednym z najważniejszych źródeł do poznania dziejów wędkarstwa w świecie jest fragment induskiej księgi Manasollasa z XII w., w której jest opis połowu na wędkę, jako formy rozrywki. To źródło, pokrytę grubą warstwą historycznego kurzu i ukryte w trudnodostępnym oraz rzadko czytanym czasopiśmie w Europie, jest nieznane szerszemu kręgowi osób piszących o dziejach wędkarstwa, gdyż w żadnej ze znanych mi prac nie jest ono cytowane.
Wiadomości z łowiska
Mała Wisła 1
2020-10-14
test
Wiadomości z łowiska
San Zwierzyń-Hoczewka
2013-07-12
Warunki bardzo dobre
Wiadomości z łowiska
OS Dunajec
2014-08-12
warunki dobre ale nie idealne
Wiadomości z łowiska
Łowisko Pstrągowe Raba
2020-10-31
Dobrze to już było...
Nasze wzory
Siwka
Wzory much
W katalogu FF
IMGW
Stan wód
Niezbędny każdemu wędkarzowi "na rozjazdach"
 
Flyfishing.pl
Reportaże:
MAHSEERY PUŁKOWNIKA CORBETTA cz. II

autor: Przemek Lisowski, opublikowane 2006-07-22

Mówi się, że początki bywają trudne. Ale mędrzec, który ukuł to niewinne powiedzenie, chyba nigdy nie próbował łowić Mahseerów na muchę! Trudne?! To prawdziwa droga przez mękę, szlak bojowy z Lenino do Berlina i kolejka po kiełbasę w stanie wojennym! Wszystko pozbierane do tzw. kupy.
 
Nakreślę szybciutko moje początki, tak aby nie pozostać gołosłownym. Pierwsza, opisywana na tych łamach wyprawa, zakończona sukcesem w postaci odnotowania jednego brania i panicznym powrotem do New Delhi, gdyż okazało się, że mój syn dostał jakiejś cholernej choroby przewodu pokarmowego. Jednym słowem kilka godzin łowienia i ponad dziesięć w samochodzie... Drugie podejście i poprawa wyniku! Złowiłem na czarnego puchowca rybkę na Geere! Tak rybkę, bo miała może z 30 cm. Ale w nocy tak lunęło, iż kolejnego dnia woda w rzece miała konsystencję, iż można było po jej powierzchni przejść na przeciwny brzeg. Łowiliśmy więc z Misty w dopływach innych przedstawicieli lokalnej ichtiofauny, których mój przewodnik ochrzcił mianem „Indian Trouts”. Może „trout”, a może nie „trout”... Kto tam Indusów wie? Moim prywatnym zdaniem mieliśmy bliskie spotkanie z hybrydą uklei i lipienia. Z tym tylko zastrzeżeniem że rzadna z tych ryb w Indiach nie zamieszkuje. Trzecia wyprawa i tym razem jeszcze przed dojechaniem do Himalajów tak pokropiło, że w miejscach gdzie nie płynie zwykle nic, tym razem waliły w dół kilkudziesiesięciometrowej szerokości rzeki błota. Wprawdzie Misty z wrodzonym sobie optymizmem postulował kontynuowanie podróży, gdyż „zawsze możemy połowić na spinning”, ale widząc, iż moje poczynania wędkarskie w Indiach zaczyna prześladować jakieś fatum, grzecznie zrezygnowałem, tłumacząc się niechęcią do „bata”. W rzeczywistości była to niechęć do utonięcia w zwałach błocka! Rezultat: około doby w samochodzie, grubo ponad tysiąc przejechanych kilometrów, cztery cenne, wyrwane z życiorysu dni i 30-centymetrowy „basior”! Musiałem odpocząć i przemyśleć pewne sprawy. Najważniejsza z nich było męskie odpowiedzenie sobie na pytanie, po jakiego grzyba ja się tak morduję?

Zajęło mi to kilka miesięcy zaledwie i jak to w przypadku pytań z wędkarstwem związanych, odpowiedź była oczywista. Morduję się, bo chcę złowić rybę! Tak więc postanowiłem kontunuować pokutę za życia i z duszą na ramieniu zaplanowałem kolejny wędkarski wypad. Tym razem miało być rodzinnie i niezobowiązująco. Tak na wszelki wypadek. Nawet gdybym powtórnie g... złowił, to zawsze mógłbym sobie wyjaśnić, iż ja tylko rodzince towarzyszyłem, a wędka to tak przez przypadek się w bagażu znalazła...

Miejsce polecił mi znajomy, który w Indiach pszczoły hodował. No, co? Jedni mogą „łowić” w zwałach błota, to inni mogą pszczoły hodować! A miejsce nazywało się „Jim Corbett National Park”, około 250 km na płn-wsch. od New Delhi, w stanie Uttaranchal... Wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałem co to, kto to i dlaczego, ale szybko nadrobiłem zaległości, o czym mogliście się przekonać czytając poprzedni odcinek tego opowiadania. Z zainteresowaniem odkryłem, iż na terenie parku płyną dwie rzeki. Przez jego środek wije się dużo większa Ramganga, na której biegu zlokalizowano pokaźny zbiornik zaporowy, także podobno stanowiący siedlisko Mahseers. Natomiast wschodnią granicę rezerwatu wyznacza Koshi. Ta właśnie rzeka pohukiwała sobie pracowicie za płotem ośrodka w którym zamieszkaliśmy. Hotel był tak malowniczo ulokowany w gaju starych drzew mangowych, iż moja „Ślubna” nawet zgodziła się dać mi 16 minut wolnego abym sobie pierwszego wieczora wędką pomachał!

„Tylko nie odchodź za daleko, kochanie!”.
„Ależ oczywiście Skarbie.... Eeeeee, czy mógłbym raz rzucić przy tym patyczku, obok kamyczka, widocznego tak doskonale obok mostka oddalonego o CAŁE sześć i pół metra od Twojego leżaczka?”
„NIE!!!”
„Dziękuję....!”

Ale kolejnego ranka, gdy moce zła jeszcze ochoczo pochrapywały, pognałem już niczym rączy rumak do mostu wiszącego, wiszącego jak sama jego nazwa wskazuje, około kilometra w górę od hotelu. Koshi na tym odcinku jest urocza.. Potężne wlewy pod skałami na których bieleją hinduskie świątyńki, rynny pod brzegami, przykosy! Nic tylko rzucać, rzucać, rzucać ... i rzucać.... Bo nic tam nie ma! Wdrapałem się na most i w „Polaroidach” potwierdziłem swoje wcześniejsze, najczarniejsze obawy. Bęben! Rzeka była pusta jak bęben! Wściekły na samego siebie za swoje głupie nadzieje, że oto zły los przestał mnie prześladować, zacząłem zchodzić w dół prawym brzegiem Koshi, na którym zlokalizowano kilka ośrodoków składających się przeważnie z domków campingowych. Gdy doszedłem do pierwszego z nich, wydało mi się, że widzę w wodzie jakiś ruch. Przypatrzyłem się bliżej i już wiedziałem, że z tego miejsca nawet słoniem mnie nie wyciągną! Piękna, głęboka płań, zaczynająca się ostrym wlewem przy prawym brzegu rzeki, wprost kipiała od Mahseers! Patrzyłem na całe flotylle większych i mniejszych ryb majestatycznie patrolujących płytsze partie wody przy przeciwnym brzegu, spławiających się niczym nasze barweny, czy tylko błyskających złotymi bokami w bystrzu pod samą skarpą na której stałem. Wyglądało to tak, jakby ryby z całej rzeki spłynęły się w to jedno miejsce! „Yabadabaduuuu!!!”

Niestety musiałem się uzbroić w cierpliwość, gdyż zbliżała się godzina o której obiecałem mojej Pociesze lekcję jazdy słonno. Tak naprawdę to jednak nie chciałem wypróbowywać na sobie opcji wyciągania z łowiska za pomoca trąbalskiego.

Gdy już pohasaliśmy sobie po lesie na grzbiecie elefanta, nasłuchaliśmy się wrzesków pawi i naoglądaliśmy tuziny różnej maści zwierzyny, moi domowi „Prześladowcy” opadli lekko z sił i mogłem wieczorem ponownie odwiedzić mój właśnie odkryty mały raj. Już widziałem oczyma wyobraźni moje wyginające się w pałąk wędzisko. Mahseers sprawiały bowiem na pierwszy rzut oka wrażenie rybek niezwykle szczerych, rzec by można wręcz udomowionych. Jak karpie w warszawskich Łazienkach. Niestety przez pierwsze dwie godziny wędkowania jedyne co się wyginało, to ręka w geście Kozakiewicza. Zero biorów. Jak można łowić w takim „akwarium” i nie mieć nawet kontaktu z rybą? Ano można.... Ze stanu euforii prędziutko pogrążałem się w najczarniejszym zwątpieniu. Po pierwsze odkryłem, że Mahseer jest rybą płochliwszą od wszystkiego co przyszło mi dotychczas w mojej dość długiej już karierze wędkarskiej łowić! Z wysokiej skarpy można było sobie całe to towarzystwo oglądać w szczegółach. Natomiast gdy tylko wszedłem na wlew na płań, jej powierzchnię z miejsca pokryły fale wzburzone przez grzbiety pryskających na prawo i lewo ryb! Ani klenie, ani pstrągi nie zafundowały mi nigdy takiego treningu rzutowego. Dwadzieścia metrów, to był dystans na jaki ryby dawały do siebie podejść! Co było robić? Miotałem! Miotałem streamerem, bo przecież mojego jak dotychczas jedynego pojmanego przedstawiciela gatunku stanowiącego przedmion moich zaklęć i najbardziej wyszukanych przekleństw, złowiłem właśnie tą metodą. Ale tym razem zero. Jedno leciutki pstryknięcie na początku wlewu i nic. Przeszedłem więc na nimfę złotogłówkę. Po przegrzebaniu kilkunastu kamieni z dna rzeki odkryłem, iż są one pokryte larwami małej brązowej jętki, oraz że przytrafiają się nawet gigantyczne chrusty hydropsyche! Ale długa nimfa nie przyniosła jakiegoś przełomu. Owszem, wyjąłem jedną rybę, ale za bok. Co świadczyło dobitnie, iż moje muchy są totalnie „zlewane” przez całe płaniowe towarzystwo. Oczywiście można by kontynuować tego „szarpaczka”, choćby w akcie zemsty. Ale przecież jestem białym człowiekiem i przyjechałem do Indii reprezentować najlepszą z możliwych cywilizację i kulturę europejską... Nie, nie wypada... Zmiana linki i przynęty. Pływający sznur z przeźroczystą intermedialna końcówką, a na koniec przyponu w akcie desparacji wędruje maleńka mokra muszka. Taki męski „March Brown” na haczyczku 14. Zauważyłem, że czym bliżej wieczora, tym moje Mahseers robiły się coraz bardziej aktywne. Coraz częściej się spławiały, zaś wiele z nich szukało jakichś larw w kamieniach przy płytszym, lewym brzegu rzeki. Chwilami woda wręcz kotłowała sie w kamienistych zatoczkach. Ale ciąglę w bezpiecznej odległości! Dodatkowym problemem było to, iż ja także byłem w stanie brodzić tylko przy wspomnianym brzegu co uniemożliwiało przyzwoite podanie i poprowadzenie muchy. Dopiero w połowie płani, gdzie woda na środku rzeki sięgała mi do pasa, zdołałem zająć stanowisko dalej od brzegu. Kolejny, nie wiem który już rzut w pobliże jednej z buszujących po płyciźnie ryb i mocarne szrpnięcie zakończone młynkiem na powierzchni wody. Jessssst! Nie pamiętam jak walczył pierwszy mój przyzwoity Mahseer, ale zakładam, iż podobnie do innych swoich współbraci, których kilka dziesiątków pojmałem w trakcie kolejnych wypraw. Jednego jestem pewien – walka była długa. Ryba nie dawała się przyciągnąć, zataczając z piekielną chwilami prędkością koła na długiej, kilkunastometrowej lince. Po pierwszym młynku, zero skoków czy podejść pod powierzchnię. Gdy wreszcie udało mi się doholować go w zasięg wzroku, przyznam się, iż byłem mocno zawiedziony. Wyobraźnia rysowała mi jakąś niesamowitą „kopyść”, tymczasem na końcu zestawu miałem rybę najwyżej 45-centymetrową! Wreszcie podprowadziłem kolebiącą się na boki w zasięg moich śmiercionośnych szponów i usiłowałem podebrać. Ale gdzie tam! Opisywanej wielkości Mahseer to grubaśny walec, prawdziwy kłąb mięśni! Wreszcie po kilku nieudanych próbach był mój. Nie miałem specjalnie ochoty dłużej męczyć zwierzaka i po krótkch oględzinach, które nie wniosły nic istotnnego do sprawy, darowałem mu wolność. W tym momencie na skarpie nad moją głową rozległy się oklaski. Nawet nie zauważyłem, że moje zmagania z rybką zgromadziły całkiem pokaźną grupę kibiców, pod przewodnictwem Sikha w ogromnym czerwonym turbanie. Miło być czasem docenionym... Tego wieczora złowiłem jeszcze kilka ryb. Wszystkie na „M.B.”, a jedna po szaleńczym odjeździe, już w zupełnych ciemnościach, urwała mi mokrego „Red Taga”.

Nie trzeba być Einstainem, aby nawet po tak krótkich doświadczeniach pokusić się o wyciągnięcie wniosków. Czym później tym lepiej, czym dalej tym lepiej, czym bystrzejsza woda tym lepiej. Przez kilka kolejnych dni utwierdzałem się w swoich obserwacjach. I rósł mój podziw dla przeciwnika! Za każdym razem, gdy w wodzie z szybkością torpedy przemykała mocarna sylwetka, o ogromnych, wyraźnie zaznaczonych łuskach, miałem ochotę wyć ze szczęścia, że jestem w miejscu gdzie natura stworzyła tak piękne istoty!

Bodaj czwartego dnia pobytu w Parku udaliśmy się do leżącego na dnie głębokiej doliny, którą wije się rzeka Ramganga, ośrodka o tej samej nazwie. Zasiedlany był on chwilowo przez naszych znajomych z New Delhi. Ot, taka wizyta kurtuazyjna. I tylko tradycyjnie przez przypadek w bagażniku samochodu znalazła się wędka, kamizelka, buciory do brodzienia i inne rekwizyty konieczne przy odwiedzaniu znajomych. Już gdy się witaliśmy dostawałem zeza rozbieżnego od gapienia się na przepiękną rzekę, która rwała po kamieniach zaledwie kilkanaście kilometrów od domków. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Ramganga... Nawet ładne imię dla dziewczynki... Jak mi się kiedyś urodzi, to rozważę... Powiem tylko, że podczas kolejnych wyjazdów do włości Jima Corbetta, nawet gdy zatrzymywaliśmy się w hotelu nad Koshi, wolałem godzinę gnać po zawieszonych nad przepaściami wąziutkich serpentynach, aby tylko połowić na Ramgandze! Po ujrzeniu kilku miejscówek przy ośrodku, mój raj z Koshi gwałtownie został zdegradowany do roli co najwyżej czyśćca. Mahseers były dosłownie wszędzie! Z przerzuconego przez rzekę drewnianego mostka, nieopodal ośrodka, można było podziwiać całe ich zastępy, które falowały za kamieniami w nurcie rzeki. Kilkaset metrów w dół natomiast, pod pionową ścianą skalną na lewym brzegu, woda pieniła się wchodząc w ogromny wlew i stopniono wyspokajając się na kilkusetmentrowej płani. Tam właśnie dostrzegłem fale rysowane na powierzchni przez grzbiety ryb. I nic mnie już nie mogło zatrzymać! Przecież byłem już nie lada fachurą od tego gatunku. Odwróciwszy podstępnie uwage Małżonki i pozostałej części naszej gromadki, wrzeszcząc iż widziałem przed chwilą szarżującego nosorożca, pędęm udałem się nad wspomniane beło. To co ujrzałem przerosło moje najśmielsze oczekiwania! Nie chodzi nawet o ilość ryb, ale o ich wielkość. To co na Koshi wydawało się być duże, tu zostało zredukowane do rozmiarów ikry. Małe ryby miały po 40-50 cm, średnie do 70 cm, a duże .... Lepiej nie pisać, bo nie uwierzycie. Co jakiś czas przy dnie błyskały jedynie sylwetki małych łodzi podwodnych, z których każda miała długość nogi. Ale koszykarza z NBA! Pomimo wielu uporczywych prób przeniesienia moich doświadczeń znad Koshi na grunt Ramgangi, kolejny raz poniosłem sromotną klęskę. Przez cały wieczór zanotowałem jedno branie, a i to ryba po kilku sekundach się wypięła. Dosłownie i w przenośni...

Po powrocie do New Delhi zostałem lekko podbudowany przez znajomego „Angola”, który jak to ujawnił, dość często toczył zmagania z Mahseerami na Ramgandze.
„Pierwszy pool w dół od ośrodka?”, zapytał rzeczowo, gdy zacząłem snuć historię o swoich chwalebnych wyczynach.
„Aha”.
„They are uncatchable” (one są nie do złowienia), padła nie zdradzająca cienia wątpliwości odpowiedź.

Jak się miało później okazać, mój „dżemojadowy” koleżka bardzo się mylił. Nie powiem, że udało mi się dowieść tego za następnym moim pobytem nad Ramgangą. Nie powiem, bo podczas tego łowienia powtórnie dostałem srogą lekcję, nie zacinając nawet jednej ryby. I generalnie, gdy tylko mi się zaczynało wydawać, że już wiem, już umiem, już „kapuję” o co w tej zabawie chodzi, Mahseers z premedytacją pokazywały mi taki mały otworek pomiędzy brzuszkiem a płetwą ogonową... I do dziś twierdzę, że łowienie tych ryb na muchę to ciągła nauka, ciągłe udoskonalanie techniki, przynęt, taktyki. Wierzcie mi, iż nigdy nie przytrafiło mi się, aby podczas dwóch kolejnych wypraw nad rzekę ryby te brały na tą samą muchę, czy podobnie podaną.

Najlepiej jednak będzie gdy opiszę Wam pewne zdarzenie. Podczas jednego z wypadów postanowiłem zbadać górny odcinek Ramgangi. Ze względu na permanentny brak czasu nie mogłem oddalić się zbyt mocno od samochodu, ale powiedzmy, że jakieś 2 kilometry w górę przedreptałem. Zacząłem łowić od starego mostu, spinającego ściany wąskiego w tym miejscu kanionu, na którego dnie dostojnie wiła się rzeka. Oczywiście już z góry wypatrzyłem całe chmary Mahseers. Zarówno na pobliskich „poolach”, jak i na tkzw. „rapidach”. Oczywiście jak tylko zszedłem na dół zaraz wypatrzyłem całe chmary Mahseers (ciekawe czy to były te same?) zwiewających, tak jakby się chiały pozabijać o kamienie na dnie Ramgangi. Chyba nie zostałem idolem miejscowej zwierzyny, bo do ryb wkrótce przyłączyły sie stada małp spokojnie dotychczas okupujących zwisające nad wodą gałęzie drzew. Jednego napotkanego węża, który jakoś nie rzucił się na mój widok do ucieczki, sam musiałem do tego pobudzić, dźgając go szczytówką „Sage’a”. Leniwie popłynął na drugi brzeg, aby tam wylegiwać się na nagrzanych wrześniowym słonkiem kamyczkach. A ja zupełnie nie leniwie zabrałem się do obławiania bystrza pod mostem. Oczywiście na końcu zestawu dyndała moja ulubiona, obdarzona wręcz boskim uwielbieniem od czasu mojego pierwszego Mahseera na Koshi, „March Brown”. Tylko w troszkę większej wersji, powiedzmy na haczyku nr 10. Ale nie wywołała ona u lokalnych ryb jakiegoś specjalnego poruszenia. Podobnie jak inne niezawodne dotychczas muchy – złotogłówki „zajęcze ucho”, czaro-żółte koczkodany, taże wyposażone w złotą główkę, czarną jeżynkę i skąpy ogonek z marabuta w tym samym kolorze, oraz „Red Tagi” w wersji „nymph”. I tak przez 2-3 godziny. Czas darowanej mi wolności kurczył się niemiłosiernie, a ja byłem na „mniej niż zero”! Przeszedłem większość zaplanowanego do obrabiania tego wieczora odcinka i nic! Nie wiem co mną kierowało, ale w pewnej chwili, gdy nie wiem który już raz przedglądałem jedno z pudełek z muszkami, mój wzrok padł na coś czego nigdy, ale to absolutnie nigdy, nie przywiązywałem do przyponu. „Alexandra”. Piękna mokra mucha, podobno bardzo skuteczna na pstrągi. Podobno imitująca strzeblę, choć nigdy za Boga nie mogłem zrozumieć co mucha z czarnych piór pawia ze srebrnymi i czerwonymi dodatkami ma wspólnego z tą przeuroczą rybką. Niemniej miałem kilka jej egzemplarzy, ukręconych jeszcze w Polsce, na bezzadziorowych haczykach. Co nie ukrywam jest w moim przypadku rzadkością. Ale myli się ten kto myśli, iż oto świeżo założona mucha spowodowała nagle eksplozję brań. Nic z tych rzeczy. Kolejne minuty i kwadranse mijały bez nadzwyczjnych wydarzeń. I nagle, gdy mucha pokonała już całą szerokość rzeki i zacząłem ją powoli ściągać na wyprostowanej lince przed wykonaniem kolejnego rzutu, poczułem branie. Było to coś tak niesamowitego, że prawie nie rozpłakałem się ze szczęścia... Miałem branie! Miałem branie!!! Chcialem śpiewać, tańczyć, kczyczeć. Chciałem całemu światu obwieścić, iż oto miałem branie! Zaraz, zaraz.... Ale właściwie to dlaczego miałem to branie? Poniżej mnie znajdował się wystający z może 80-centymetrowej głębokości wody kamień i w jego okolicy musiała mieć stanowisko ryba, która ośmieliła się zakłucić beztroski żywot muchy i mój. Jak coś udało się raz, to czemu nie spróbować tego powtórzyć? Naprawdę niesłychanie rzadko się zdarza, aby wędkarz tak krótko czekał na potwierdzenie wniosków do których właśnie doszedł. Już w pierwszym rzucie, przy tym samym kamieniu, na identycznie zaprezentowaną na prostej lince „Alexandrę”, zaciąłem i wyholowałem mojego pierwszego tego wieczora Mahseera. Przez pozostałe półtorej godziny miałem kontakt jeszcze z kilkunastoma rybami i wyciągnąłem dalsze sześć! Wszystkie na „Alexandrę” wolno podciąganą na prostej lince pod prąd. Największej rybie daleko wprawdzie było do 10-kilogramowej bestii pojmanej tego wieczora przez miejscowego wędkarza mieszkającego w „Ramgandze”, ale półtorej kilograma na mokrą muszkę też ma swój ciężar gatunkowy...

Strach pomyśleć co by było gdybym tak na „Alexandrę” łowił od początku tego wieczora! Ja też wyobraziłem sobie całkiem plastycznie te setki brań, holi i wyjętych ryb. Wreszcie mam na nie sposób! Już ja im pokażę! Już ja się zemszczę za doznane i nie doznane upokożenia! Powiedzmy, że zemszczę się na zapas... Był tylko jeden mały problemik. Otóż następnego dnia rano musiałem wracać do New Delhi. Przez następne dwa tygodnie moja chęć zemsty rosła i rosła, aż tak urosła, iż zaniepokoiła nawet moją Małżonkę.
„Słuchaj, a może ty byś na ryby pojechał w ten weekend. Odpoczniesz trochę, zreleksujesz się...”
I tu obudziłem się. To tylko sen.... Piękny sen... Musiałem jednak podjąć walkę, której stawką było dobranie się do strategicznych zasobów Mahseers z Ramgangi.
„W ten weekend jadę na ryby”. Oznajmiłem.
„A ja kupuję futro z karakułów”. Oznajmiono mi.
„Ale ja muszę...”
„Ale je chcę!”
„Błaaagam...”
Udało się. Pojechałem. Ale zanim z piskiem opon wyrwałem w strone Himalajów, przez tydzień kręciłem wszystko co przypominało „Alexandrę”. Mokrą klasyczną, nimfę, streamera. Tylko suchej nie kręciłem, choć przez chwilę i taka idea zawitała w mej rozgorączkowanej wędkarskimi przygotowaniami łepetynie. Materiału miałem dostatek. W końcu paw to narodowy ptak Indii! Ale nie ukrywam, iż po mojej tygodniowej kampanii „krętaczej” jego pogłowie w kraju dość wyraźnie spadło... Musiałem specjalnie wynająć terenową „Toyotę”, bo moje skromne zasoby muszek nie mieściły się do mojego dotychczasowego śrdodka komunikacji. Przezorny zawsze zabezpieczony.

Ramganga przywitała mnie niskim, identycznym jak podczas mojej poprzedniej wizyty, poziomem wody i prażącym niemiłosiernie w czaszkę słońcem. Ale pod wieczór, uginając się pod ciężarem pudełek pełnych różnych wariacji nt. „Aleksandra”, zameldowałem się na moim znajomym moście. Pod którym oczywiście falowały mocarne sylwetki Mahseers. Oczyma wyobraźni widziałem już nabrzeżne kamienie zbryzgane ich krwią... Łowiłem tradycyjnie na „Sage” AFTM 7 XP z linką o przeźroczystej intermedialnej końcówce. Niestety, jak już kilkakrotnie to bywało w przeszłości moich „mahseerowych” łowów, musiałem dość brutalnie zrewidować swoje wizje. Rybki w głębokim poważaniu miały najwspanialsze „Aleksandry” z mojego pudełka, które poszły na pierwszy ogień. Na drugi rzucone zostały te trochę mniej udane wytwory mojego rękodzieła. Wreszcie przyszła kolej na te najkoszmarniejsze, których sam widok powodował liczne omdlenia wśród rybostanu... Nic nie brało! Z wyjątkiem cholery, która mnie brała... I wtedy sięgnąłem po muszkę, która poprzednim razem, mówiąc oględnie, nie święciła wielkich sukcesów. Wspomniana „March Brown”. Stałem sobie na końcówce szerokiego na całą rzekę bystrza, które w tym miejscu wyspokajało się i przechodziło w głęboką, niemal stojącą płań, przynajmniej 2-metrowej głębokości. Praktycznie ostatni skrawek wody do obłowienia na muchę w tym miejscu. Dalej rozpoczynało sie królestwo „rosochy” i rybiego flaka, czyli domena grunciarzy. Zdołałem wykonać jedynie kilka rzutów, gdy moje ramię mało nie zostało wyrwane ze stawu przez mocarne grzmotnięcie w muchę na środku nurtu. Ryba tylko przez chwile pokazała się pod powierzchnią, by następnie dać nura w idealnie przeźroczystą kipiel. Widziałem jak mknie pod prąd przy samym dnie, wyprzedzając o dobre kilka metrów miejsce gdzie linka wchodziła pod wodę. Naprawdę duży Mahseer. Dobra „piątka”. Jeszcze takiego nie miałem na kiju. Z każdego ruchu ryby biła porażająca pewność, iż przygoda ta skończy się dla niej szczęśliwie. I jak myślicie? Oczywiście, że ryba zawsze ma rację. Po kilku dalszych chwilach smętnie przyglądałem się powiewającemu na wietrze przetartemu końcowi przyponu. Niesamowite, taka knaga podniosła się do muszki na 10-tce z 2-metrowej głębokości nurtu! Reszta wieczora nie była tak udana jak w przypadku tego dnia, kiedy to nastąpiło odkrycie „Aleksandry”, ale kilka ryb złowiłem. Kolejnym „sukcesem” było natomiast niemal całkowite wyrwanie na rybach zapasów „March Browns”. Ale za to miałem przy sobie tyle „Aleksandr”, że sam pewnie wyglądałem jak paw... Problemem było jednak, iż nic, absolutnie nic, nie chciało przez dwa dni na tą muchę wziąć! I nie myślcie, że to był przypadek, anomalia jakaś. Po prostu taki jest Mahseer. Już nigdy na nią nie połowiłem. Co spowodowało, iż tego konkretnego wieczora ryby brały na „A” jak wściekłe, nie wiem. Powiem jeszcze, że całkowicie wówczas ignorowały muchy kolorystycznie podobne, np. „Butchera”.

Bywa też, iż nagle, w konkretnym miejscu, wędkarz ma eksplozję brań, pomimo że wcześniej łowił godzinami w podobnych miejscówkach na tą samą muchę! Mi taka sytuacja przytrafiła się kilkakrotnie. Ale najśmieszniej było, gdy pewnego poranka po delikatnie powiedziawszy takim sobie połowie, przekraczałem rzekę na wysokości mojego samochodu zaparkowanego na wysokiej nadrzecznej skarpie. Zmaganiom z nurtem przyglądał się kierowca. Siła spokoju... Problem był tylko taki, że cały poranek gryzłem z wściekłości rękojeść wędki, bo ryby gorzej niż nie brały. Ja ich nawet nie widziałem! Jako rasowy muszkarz nie odpuszczałem jednak i nawet schodząc z łowiska wykonywałem jakieś rzuty od niechcenia. I od niechcenia przy którymś z nich nastąpił bior. Oczywiście nie zacięty. Jeszcze nie zdążyłem wyjść z szoku, gdy w trakcie tego samego przepuszczenia muchy ponownie została ona wściekle zaatakowana. Ponownie bez bardziej zdecydowanej reakcji z mojej strony... Drugi rzut i powtórka! Dwa brania w trakcie jednego przeprowadzenia muszki. Jeszcze kilka innych Mahseers usilnie próbowało się uwiesić na moim zestanie, ale ja ochoczo im tej przyjemności odmówiłem, partacząc wszystkie brania. Kilka ryb się nawet na powierzchni wody pokazało, widowiskowo młynkując po zacięciu. Ale to tylko tyle. Dlaczego właśnie w tym miejscu i w tym konkretnym czasie ryby nagle częły jak najęte ładować w muchę, którą wcześniej bez powodzenia moczyłem przez kilka dobrych godzin w identycznych miejscówkach, gdzie dam się przerobić na niskooktanową konserwę tłuszczową Mahseery siedziały całymi stadami? Ponownie muszę ucieć się do znanej już Wam formułki - nie wiem. I co gorsze, pewnie się już nigdy nie dowiem.

Wspomniałem wcześniej o opinii mojego angielskiego przyjaciela na temat „wędkarzoodporności” ryb w pierwszym głębokim wlewie w dół rzeki od ośrodka „Ramganga”. Miejsce to także dało mi wiele do myślenia pewnego upalnego majowego wieczora. Od rana śledziłem z niepokojem stan i kolor wyraźnie zmąconej po nocnej burzy rzeki. Była naprawdę mętna. Zbyt mętna, abym miał nadzieję na udane wieczorne wędkowanie. Mojej oceny nie podzielała jednak ma Pociecha, która głośno domagała się wyjścia na ryby. Co było robi? Trzeba pielęgnować ten niewielki kaganek wędkastwa. Uwalniając pozostałych gości ośrodka od konieczności wsłuchiwania się w symfonię skowytów Karolka, podreptałem w kierunku rzeki. Skoro i tak nie miałem nic złowić, a na dodatek byłem „dociążony” istotą nad którą zobowiązany byłem wędkując roztoczyć rodzicielską opiekę (przecież wszyscy wiedzą, że wędkowanie na muchę i opieka rodzcielska idealnie idą w parze!) wybrałem najbardziej konformistyczne miejsce, czyli wspomniany „pool”.

Sytuacja przypominała mi moją pierwszą wyprawę na Mahseers. Mętna woda, czyli streamerek. Karolek otrzymał jakiegoś badyla z kawałkiem żyłki i przywiązaną do niej nimfą – koszmarkiem. Ale zbyt często notował „brania” po których tatuś musiał uwalniać cenną przynętę z podwodnych zawad, ryzykując przy tym życiem. W związku z tym zestaw Karolka został zmodyfikowany na modłę sportową poprzez usunięcie części haka w dół od kolanka. Rozwiązanie godne polecenia dla wszelkiej maści „zawodowców” i tych co to na rybki chadzają ale krzywdzić ich nie chcą. Ilość „brań” spadła drastycznie. Udało mi się też przez to osiągnąć efekt porządany, aczkolwiek niezamierzony. Brak brań równa się nuuuuda. Karolek już nie chce łowić, Karolek chce do domu! OK, życzenie dziecka jest dla tatusia rozkazem. Kaganek został więc zgaszony a dziecięcie uszczęśliwiało przez resztę wieczora tą, która go powiła. Tatuś był „free” i postanowił tą wolność jakoś wykorzystać. A że na podorędziu nie było chwilowo rzadnych panienek, postanowiłem skoncentrować się jednak na rybach. Te zaś nieśmiało zaczęły odwzajemniać moje uczucia. Dwa niewielkie Mahseers uwiesiły się w krótkim okresie na streamerową wersję „Red Taga”. Dodało mi to wiary w siebie i w to, że jednak coś z tej wody da się wydusić. W miarę jak słońce chowało się za pobliskie szczyty a dolinę zaczynał ogarniać przyjemny cień, dający ukojenie po nieziemskim upale popołudnia, woda rzeki zaczęł rozstępować się niczym Morze Czerwone przez Narodem Wybranym, ujawniając wrzecionowate sylwetki ryb. Pomimo małej przejrzystości rzeki Mahseers urządzały sobie zwyczajowy wieczorny taniec. Najwięcej ryb było widać na samym wlewie, gdzie podanie streamera nie wchodziło w rachubę. Ale od czego łepetyna. Myślała, myślała i wymyśliła. A to co wykoncypowała nazywa się długa nimfa pod prąd. Nie roszczę sobie pretensji do odkrycia tej wspaniałej metody, ale do jej zastosowania tego przemiłego wieczora. Ze względu na burą barwę wody postanowiłem do końca przyponu przywiązać duże i wyraziste muchy. Na prowadzącą „Hydropsyche” na 8-ce zaś na skoku zadyndała złotogłówka o czarno-pomarańczowym tułowiu, zaopatrzona w miękką jeżynkę z czarnej kury i niewielki ogonek z czarnego marabuta na haku o jakieś dwa numery mniejszym. Zna azaliż kto taki wynalazek? Początkowo obławiałem końcówkę ostrzejszego prądu. Wiedziałem, że na prawie całej szerokości rzeka jest tu płaska jak enerdowska sprinterka i pozbawiona potencjalnych stanowisk ryb. Jedynie pod przeciwnym brzegiem ciągnęła się wąska, głęboka na jakieś 2 metry rynna. Tam też lokowałem swoje muchy. Niestety znaczna odległość i zmienne prądy bardzo utrudniały poprowadzenie muchy, nie mówiąc już o obserwacji ewentualnych brań. W związku z powyższym na połączeniu linki z przyponem przylepiłem „gula” w postaci kawałka pianki w jaskrawym seledynowym kolorze. Teraz było lepiej. Indykatorek, ze względu na swoją znikomą wyporność, nie działał jak, nie daj Zeusie jak spławik, a jedynym jego zadaniem było ułatwienie mi obserwacji końca linki. Co chwila pozwalał mi on przeżywać emocje związane z zaczepami. Do chwili gdy „jeden z zaczepów ożył” (prawda, jakie to wyświechtane powiedzenie, ale i tak wszyscy go używają). Ryby nie widziałem, ale sądząc po dłuższym murowaniu po zacięciu i późniejszym majestatycznym odejściu pod prąd przy akompaniamencie gwizdu hamulca w moim „Systemie 2”, musiała być raczej godnym przeciwnikiem dla wędkarza wyposażonego w sprzęt klasy mojego, ale podniesiony do drugiej potęgi. Dla tych słabszych matematycznie wyjaśniam 7 X 7 = AFTM 49. Zwyczajnie nie miałem szans... Ale to było dopiero preludium. W miarę jak powoli brodziłem przy brzegu pod prąd, moje rzuty stawały się coraz krótsze i wykonywane równolegle do głównego uciągu Ramgangi. Spływ much kontrolowałem jedynie unosząc wędkę, tak aby napływająca na mnie linka pozostawała prosta. Muchy pokonywały więc dystans nie większy niż 4-5 matrów. Ale nie było potrzeby dłuższego ich prowadzenia i głębszego przez to topienia. Tego wieczora raby zwyczajnie oszalały biorąc nimfy niemal spod samej powierzchni wody! Nie wiem ile miałem brań, ile z nich spudłowałem, a ile ryb zaciąłem. Nie sądzę aby było to więcej niż 50%. Ale pomimo tej mało imponującej statystyki, pod koniec łowów prawie samoczynnie wypadał mi bark.. Wyjąłem naście ryb od kilograma w górę, ale rzadna nie przekroczyła „dwójki”. „Szał pał i szczoty ryżowej!” jak mawia pewne powiedzenie rodem z kraju rodzinnego. Tego też wieczora uzmysłowiłem sobie jeszcze jeden fortel stosowany w walce przez Mahseers. Po początkowej prezentacji na powierzchni wody, ryba ta daje gwałtownego nura i do końca holu pozostaje przy dnie. Nie dlatego że przyciąganie ziemskie tak nadzwyczajnie na nią działa, albo przytłaczają ją zwały wody. Ona pracuje. Pracuje jeżdżąc pyskiem po kamieniach w celu pozbycia sie przynęty! Tnąc ryby na krótkiej lince wyraźnie czułem tego nura i potem, tępe „stuk, stuk, stuk”. Często kończyło się ono „pstryk” i tępym wyrazem mojej paszczy. Takie z tych Mahseers zarazy! Sporo rybek pozostało w wodzie upiękrzonych przez moje nimfy. Nawet jeżeli rybie nie udawało się przeciąć żyłki, to mucha po jej lądowaniu przypominała dzieło Salvadora Dali – futurystyczną kombinację drutów, sterczących na wszelkie strony piór i pomemłanego dubbingu.

Pięknie sobie tego wieczora połowiłem! Zupełnie jak wówczas gdy przytrafił mi się „wieczór Aleksandry”. I zupełnie z takim samym efektem jeśli chodzi o moje doświadczenia na przyszłość – już nigdy nie miałem takich wyników na długa nimfę pod prąd. I ponownie, do Waszego znudzenia, powtórzę, że nie wiem dlaczego. Powie ktoś, że być może zbyt rzadko łowiłem aby napotkać podobne warunki w rzece i móc efektywnie zastosować ta samą metodę. Może ma rację. A może nie. Mam nadzieję, że wkrótce się o tym przekonam, bo jest jeszcze parę porachunków z Mahseerami, które muszę wyrównać!

Jeżli po lekturze moich wypocin ktoś zapragnął dołączyć do mojej małej prywatnej sekty, to serdecznie zapraszam. Indie to wielgachny kraj i jakoś się pomieścimy...

Przemek Lisowski


.


.


.


.


.


.


.


.


<< PowrótOceń artykuł >>

Autor Komentarz
Wodzisław Jezierski
Świetny artykuł Przemku!!! czuję się jakbym łowił z Tobą. Działa na wyobraźnie Twój lekki sposób pisaniao indyjskiej przyrodzie i o esencji wędkarskiej, czyli o rybach. Żal, że nie ma nas w tak wielu pięknych miejscach, w których moglibyśmy pomoczyć kija... z pozdrowieniami znajomy z Rzeszowa
Tomasz Minkowski
Naprawdę świetny tekst! Szczerze "zazdraszczam" tak wspaniałych przygód w przepełnionych egzotyką stronach. Wierzę, że kolejnym razem pochwalisz się Mahseerem +10 kg. Pozdrawiam serdecznie!
MichałC
Gratuluje! Naprawde czyta sie z wielką przyjemnością.

Pozdrawiam
Michał
Georg Moskwa
Gratulacje Panie Przemku. Z niecierpliwością czekałem na ciąg dalszy o mahseerach. Podobne przeżycia miałem kilkakrotnie, niestety dotychczas bez ryby, w Hiszpani z miejscowymi brzanami. Brania jak młot ale wyniku zero. Nie tracę nadzieji. Na marginesie, mój ulubiony zestaw to też SAGE i „System 2”. Czekam na dalsze reportaże.
Edward Jankowski
Witaj Przemku ! Twoja lekkość ręki trzymającej pióra dorównuje lub przewyższa lekkość Twojego zestawu z Sage'em ! Szczerze mówiąc nie podejrzewałem Cię o aż takie literackie zacięcie , które niewątpliwie jest Ci dane .Zawsze czytuję z niekłamanym entuzjazmem wszystko Twojego autorstwa, co tylko pojawia się na tej stronie . Tak trzymaj ! A może pora by to jakoś poskładać do kupy i pokusić się o małe wydanko ? Np. z pomocą naszego wspólnego przyjaciela rodem z Twojego rodzinnego Białegostoku , obecnie "stolicznika" pełną gębą a zarazem przecie wydawcy ( co prawda pisma w branzy niestety dalekiej od naszego małego szaleństwa aleć na pewno ma kontakty ...). Przygody Twe piękne tylko Hańczy i Jej atmosfery jakoś żal ... a może to se kiedyś vrati ?...Trzymaj się !!! Edek
Mariusz
Mały fotoreportażyk z łowienia tych rybek "powieszony" przez Rosjan
http://www.fly-fishing.ru/fly/forum/viewtopic.php?t=2835

Galeria zdjęć
ABEL Ported 5/6
Email:
Haslo:
Zaloguj automatycznie
przy kazdej wizycie:
Zaloz konto
Gorące dyskusje
Na Forum
Czy wędkarstwo to
okrucieństwo?

Takich głosów będzie
coraz więcej, a
dylemat będzie się
pogłębiał.
Długofalowo
wędkarstwo nie
obroni się przed...
Propozycje na naszywkę Forum FF

 [tally] 7

 [tally] 5

 [tally] 10

 [tally] 12

 [tally] 81

 [tally] 10

 [tally] 1

 [tally] 4

 [tally] 19

 [tally] 8

 [tally] 19

 [tally] 93

 [tally] 24

 [tally] 6

 [tally] 7
głosów: 306 więcej >>
Copyright © flyfishing.pl 2002
wykonanie focus