| |
Łowiłem kiedyś w listopadzie lipienie, stojąc w środku Dunajca. Wodę miałem ponad pas. W końcu zaciąłem rybę i zacząłem kierować się ku brzegowi, tyle że poruszałem się do tyłu wychodząc z dołka no i nagle pięta poślizgnęła mi się i zniknąłem pod wodą, ale wędkę ciągle trzymałem uniesioną i ryba się nie wypieła. Jakimś cudem znalazłem płyciznę i zdołałem wstać cały czas utrzymując napięty sznur. Dotarłem do brzegu po kolejnych kilku wywrotkach, cały przemoczony. Szybko rozebrałem się i wykręciłem ciuchy, ale kardynała wyholowałem.
Łowiłem w towarzystwie starego wygi, który po całym zajściu klepnął mnie w ramię i powiedział dość głośno „JAK SIĘ NIE WYWRÓCISZ TO SIĘ NIE NAUCZYSZ” i dodał „Zrozumiałeś?”
Czy od tamtego zdarzenia jestem jednak jakoś super ostrożny? No niby tak, ale nie do końca, choć na wspomnienie tamtego doświadczenia robi mi się i zimno i też ciepło.
Obecnie buty mam świetnie podkute, mam dobrej jakości kij do brodzenia, patrzę pod wodę poprzez dobrej jakości okulary nie spuszczając oka z powierzchni wody i uważnie obserwuję otoczenie.
Finalnie to doświadczenie i myślenie, takie w tle, chyba instynkt, chroni przed zagrożeniami oraz zwyczajne szczęście.
|