f l y f i s h i n g . p l 2019.09.22
home | artykuły | forum | komis | galerie | katalog much | baza | guestbook | inne | sklep | szukaj
Bieżące informacje
Pstrąg i Lipień nr 42
KRÓLEWSKI PORADNIK WĘDKARSKI Z INDII Z XII W.

Jednym z najważniejszych źródeł do poznania dziejów wędkarstwa w świecie jest fragment induskiej księgi Manasollasa z XII w., w której jest opis połowu na wędkę, jako formy rozrywki. To źródło, pokrytę grubą warstwą historycznego kurzu i ukryte w trudnodostępnym oraz rzadko czytanym czasopiśmie w Europie, jest nieznane szerszemu kręgowi osób piszących o dziejach wędkarstwa, gdyż w żadnej ze znanych mi prac nie jest ono cytowane.
Wiadomości z łowiska
Mała Wisła 1
2017-05-10
Super woda do łowienia.
średni poziom, jętka około południa
Wiadomości z łowiska
San Zwierzyń-Hoczewka
2013-07-12
Warunki bardzo dobre
Wiadomości z łowiska
OS Dunajec
2014-08-12
warunki dobre ale nie idealne
Wiadomości z łowiska
Łowisko Pstrągowe Raba
2019-09-10
uwaga - woda mętna
Nasze wzory
Chrust CDC
Wzory much
W katalogu FF
IMGW
Stan wód
Niezbędny każdemu wędkarzowi "na rozjazdach"
 
Flyfishing.pl
Reportaże:
Nietypowa Alaska 2001 - Część II

autor: Grzegorz Górski, opublikowane 2003-08-25

Na drugi dzień świt zastaje nas na końcu drogi wiodącej wzdłuż brzegu oceanu z Juneau na północ. Staramy się dotrzeć do rzeki w porze najwyższego przypływu, gdy łososie do niej wchodzą i maja jeszcze „morskie” zwyczaje i siły. Dojeżdżamy Landcruiserem do końca drogi (50 mil od Juneau) i jedziemy dalej przez las. W końcu musimy się zatrzymać, gąszcz zwalonych drzew uniemożliwia dalszą jazdę. Ten las też jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo czegoś takiego się nie spodziewałem.
 
Ten tak zwany tu rain forest to prawdziwa pierwotna dżungla, pełna zwalonych drzew obrośniętych mchami i porostami. Jeszcze kilometrowy marsz i jesteśmy na miejscu: a tu niespodzianka! „Bankowa” miejscówka Billa jest już zajęta. Przez… niedźwiedzia. Postanawiamy nie przeszkadzać mu w śniadaniu i idziemy trochę dalej w dół rzeki (a właściwie dużego strumienia). To pierwszy spotkany przeze mnie niedźwiedź tutaj ale nie ostatni. Jest ich tu tak wiele, że nawet w samym Juneau wszystkie pojemniki i kosze na śmieci muszą być bardzo masywne, jak mówią miejscowi bearproof. W końcu wchodzę do wody i zaczynamy. Wędka ósemka, przypon 0,40, na nim zonker z króliczego futra i dodatkowe obciążenie. Rzeka jest bardzo trudna technicznie, pełna zwalonych drzew.

Najskuteczniejszą metodą jest krótki rzut w poprzek strumienia, spuszczanie przynęty po dnie z szybkim nurtem i co jakiś czas jej przytrzymanie. Atak następuje w chwili tego przytrzymania, gdy nurt odrywa przynętę od dna. Co kilka minut mam rybę na wędce. Nie są tak silne i szybkie jak te w oceanie, ale w tych warunkach i przy tym sprzęcie pokonują mnie jedna po drugiej. Wszystkie po zacięciu idą w z prądem u urywają się na zwalonych drzewach. Nie ma rady, trzeba je gonić. Wychodzę z nurtu i próbuje za nimi nadążyć. Jeszcze jedna nieudana próba i w końcu mam swojego pierwszego coho na muchę. Jest piękny.

Nagle łososie przestają brać, pora najwyższego przypływu minęła (jesteśmy jakieś dwa kilometry od oceanu. Wracamy na szeroka płań zajętą poprzednio przez niedźwiedzia i zaczynamy łowić malmy. Te przepięknie ubarwione ryby zwane są tutaj dolly varden, od bohaterki jednej z powieści Dickensa uwielbiającej ostro kolorowe sukienki. Te dollies zajadają się ikrą, więc zakładam różne wariacje na ten temat, wszystkie skuteczne (pojedyncze ziarno, grupa ziaren, bez lub ze spermą, pijawka zżerająca ziarno ikry, itp.). Na tę ostatnią, egg sucking leech fly złowiłem swojego największego dolly.

Wieczorem idziemy na kolację do miasta: ostrygi na przystawkę i po nodze królewskiego kraba jako danie główne. Pycha. Całość popijamy miejscowym piwem z minibrowaru, jest zaskakująco dobre. Przy kolacji ustalamy plany na kolejny dzień. Ocean i trolling. Wieczorem Bill wydaje przyjęcie na moją cześć i musimy przywieźć 2 coho żeby nakarmić gości. Oczywiście Bill martwi się, że coho nie będą brały, bo akurat koniecznie ich potrzebujemy…

Na całe szczęście coho biorą nie gorzej niż w pierwszy dzień.


Dwa pierwsze dostają w łeb i zabieramy je na wieczór. Pod koniec dnia mogę dokonać małego podsumowania skuteczności różnych przynęt trollingowych: martwy śledź (ale tylko odpowiednio uzbrojony, żeby pływał jak żywy) jest około czterokrotnie łowniejszy od „hoochi”, zaś „hoochi” również czterokrotnie lepsze od woblera.


Wieczorem przyjęcie, poznaję bardzo interesujących ludzi. To trochę tak jak uczestnictwo w jednym z odcinków „Przystanku Alaska”. Ta kraina chyba ma w sobie coś, co przyciąga ciekawych ludzi. Poznaję Dietlofa, Niemca z Hamburga, pracującego w laboratorium Fish & Game Departament (w ogóle tzw. wildlife industry to na Alasce chyba większy pracodawca od nafciarzy.). W wolnym czasie Dietlof maluje ryby (na podstawie zdjęć zrobionych na slajdach o bardzo dużej czułości). Poznaję też właściciela minibrowaru którego piwo tak mi smakowało dzień wcześniej. Ten z kolei jest fanatykiem windsurfingu, a jego zdjęcia na desce obok małych gór lodowych, lub z deską na brzegu wśród lwów morskich są używane w kampaniach reklamowych. Bill serwuje swoja specjalność: grilowanego łososia teriyaki. To jest tak dobre, że nie oprę się żeby nie podać Wam przepisu (można zrobić również u nas i błysnąć:
Zalewa: pół filiżanki oliwy, pół filiżanki sosu sojowego, sok z 1 cytryny, kilka ząbków czosnku, łyżka brązowego cukru (lub miodu), łyżeczka oleju sezamowego, imbir. W zalewie marynować całe płaty łososia (ze skórą!) przez 2-3 godziny. Grilować na brykietach pod przykryciem, najpierw położyć skórą w dół, a po pierwszym odwróceniu ściągnąć i wyrzucić nadpaloną skórę. Od tego czasu co chwilę smarować resztą zalewy, na koniec ma być cała zużyta. Rybę trzeba odwrócić jeszcze raz, co jest najtrudniejsze operacją bo nie ma już przytrzymującej skóry. Do tego grilujemy plastry ananasa i papryki w całości. Mówię Wam, pycha!

Na drugi dzień po przyjęciu robimy sobie ulgowe łowienie, płyniemy na halibuty. Łowi się je w „dziurach”, na głębokości 300-400 stóp. Na przynętę zakładamy zamrożone

na tę okazję wcześniej łby łososi (na samozacinające okrągłe haki, ponoć halibuta nie da się zaciąć normalnie), dwufuntowy ciężarek i spuszczamy całe to ustrojstwo na dno. Zaczynam podziwiać widok lodowca przy którym stoimy (w ogóle Alaska to kraina lodowców, jest ich tam ponoć ponad sto tysięcy!) gdy nagle wędka potężnie się wygina i multiplikator zaczyna wyć. Trzeba się brać do roboty. Po dwudziestu minutach ryba jest przy burcie a ja jestem kompletnie wykończony. Jestem cały mokry, a na drgających i rozpalonych mięśniach przedramion mógłbym smażyć jajka. Halibuty są strasznie silne, a ich wielkie spłaszczone ciała stawiają w wodzie olbrzymi opór. Bill zapowiedział mi wcześniej, że halibuty zabieramy, ale teraz mówi, że ten to dziecko, ma tylko 80 funtów a on oszczędza wszystkie poniżej 100. Rekord Billa to 350 funtów a ja wiedząc jak dał mi w kość ten dzieciak po prostu sobie tego nie wyobrażam. Po chwili wyciągam, teraz już znacznie szybciej, malucha 60-funtowego i koniec brań. Do końca dnia łowimy tylko kolorowe (i bardzo ponoć smaczne) rockfish które są częstym przyłowem przy halibutach.




Kolejny dzień to cos specjalnego, małym hydroplanem lecimy na jedną z wysp archipelagu Alexandra. Lądujemy tam na jeziorze, biwakujemy dwa dni i łowimy, łowimy, łowimy… Rzeki i strumienie podobne jak te w okolicach Juneau, łowimy łososie blisko ujścia przy wysokiej wodzie, malmy i nowy dla mnie gatunek cutthroat trout, które zgodnie ze swoja nazwą wyglądają jakby ktoś poderżnął im gardło.

Po tych dwu dniach łowienia w rzekach mam już dość. Jakoś trudno jest mi cieszyć się łowieniem wśród tych umierających gorbuszy i ket.

Człowiek tłumaczy sobie, że taka jest kolej rzeczy, że tak natura to wymyśliła, że na owadach żywiących się rozkładającymi się truchłami tych ryb wyżywią się młode, ale… Jakoś się wydałem sobie nie na miejscu, naruszający zaspokajaniem własnych przyjemności majestat śmierci.

Zwierzyłem się Billowi ze swoich rozterek i po powrocie ostatnie trzy dni spędziliśmy już tylko na morzu. Ponieważ złowiłem już wszystkie gatunki łososia poza czawyczą, Bill zaproponował mi polowanie właśnie na króla. Co prawda nie był to sezon (najlepszy to czerwiec) ale jeśli będziemy cierpliwi… Zestaw jest podobny do tego na coho, ale cięższy i łowimy znacznie głębiej, na głębokości stu stóp. Przez wiele godzin nic, więc zajmuję się głównie podziwianiem wielorybów humpbacków.

Nagle zupełnie dla mnie niespodziewanie ostatniego dnia późnym popołudniem jest! King walczy inaczej niż coho, nie jest może taki szybki, ale za to potwornie silny. Odchodzi po kilkaset metrów, na całe szczęście na multiplikatorze mam ich około sześciuset. Od czasu do czasu odejścia są kończone skokami. Byłem cierpliwy czekając na to branie więc musze być cierpliwy i teraz. Odejścia są coraz krótsze, w końcu mam rybę przy burcie. Jest kompletnie wyczerpana więc postanawiam nie wyciągać jej z wody. Zdjęcia nie będzie, ale liczy się pamięć. Trzymając kinga na gripie i za ogon delikatnie go odhaczam i zaczynam reanimację. Natleniona woda przepływa przez jego skrzela i łosoś z wolna wraca do formy. Wyrywa się coraz mocniej. W końcu puszczam go i znowu mam prysznic, tym razem większy bo i rybka niczego sobie. Na oko Billa 60-70 funtów.

To już koniec mojej wyprawy. Nazywam ja nietypową bo nietypowa jest ta część Alaski, nietypowe też było moje łowienie. Żegnam się z Billem, obiecując sobie solennie wspólną wyprawę na okonie nilowe oraz powrót na Alaskę, następnym razem tą typową. Jeszcze tylko dłuuuuugi lot (tym razem z postojem w Seattle, gdzie spędzam czas w barach ostrygowych w okolicach Pike Place i na wyraźne życzenie moich córek spacerując po ulicach w celu poczucia ducha Pearl Jam) i jestem w domu. Do następnego razu.

Mój pierwszy coho na muchę


Coho z morza


Lodowiec


Jeden z wielu gatunków rockfish


Inny rockfish


Umierajace łososie


Wieloryby humpbacki


<< PowrótOceń artykuł >>

Autor Komentarz
Hilary Jałoszyński "Hiljot" Kraków
Co tu komentować? Individia gryzie serce. Chciałoby się do tego raju, ale latka i kasa nie puszczają. A Autorowi gratuluję i pozdrawiam. HJ
Janusz z Alaski
zapraszam nastepnym razem do Glacier Bay, tylko 25mil od Juneau mieszkam z rodzina od 10 lat i organizuje wyprawy rownie piekne jak pan opisal. www.glacier-bay.com

Galeria zdjęć
A to???? Jazio?
Email:
Haslo:
Zaloguj automatycznie
przy kazdej wizycie:
Zaloz konto
Gorące dyskusje
Na Forum
Ekonomika wędkarstwa
W wolnej chwili
czasem otwieram ff,
żeby zobaczyć, czy
nasi wędkarze
intelektualnie
posunęli się coś do
przodu....
Propozycje na naszywkę Forum FF

 [tally] 7

 [tally] 5

 [tally] 10

 [tally] 12

 [tally] 81

 [tally] 10

 [tally] 1

 [tally] 4

 [tally] 19

 [tally] 8

 [tally] 19

 [tally] 93

 [tally] 24

 [tally] 6

 [tally] 7
głosów: 306 więcej >>
Copyright © flyfishing.pl 2002
wykonanie focus