f l y f i s h i n g . p l 2019.07.22
home | artykuły | forum | komis | galerie | katalog much | baza | guestbook | inne | sklep | szukaj
Bieżące informacje
Pstrąg i Lipień nr 42
KRÓLEWSKI PORADNIK WĘDKARSKI Z INDII Z XII W.

Jednym z najważniejszych źródeł do poznania dziejów wędkarstwa w świecie jest fragment induskiej księgi Manasollasa z XII w., w której jest opis połowu na wędkę, jako formy rozrywki. To źródło, pokrytę grubą warstwą historycznego kurzu i ukryte w trudnodostępnym oraz rzadko czytanym czasopiśmie w Europie, jest nieznane szerszemu kręgowi osób piszących o dziejach wędkarstwa, gdyż w żadnej ze znanych mi prac nie jest ono cytowane.
Wiadomości z łowiska
Mała Wisła 1
2017-05-10
Super woda do łowienia.
średni poziom, jętka około południa
Wiadomości z łowiska
San Zwierzyń-Hoczewka
2013-07-12
Warunki bardzo dobre
Wiadomości z łowiska
OS Dunajec
2014-08-12
warunki dobre ale nie idealne
Wiadomości z łowiska
Łowisko Pstrągowe Raba
2019-07-08
bardzo niska, bardzo czysta woda, pod chmurką
Nasze wzory
Klinkhammer
Wzory much
W katalogu FF
IMGW
Stan wód
Niezbędny każdemu wędkarzowi "na rozjazdach"
 
Flyfishing.pl
Reportaże:
HISTORIA JEDNEGO OBRAZU

autor: Przemek Lisowski, opublikowane 2005-07-16

Zmierzch zapadał szybko. Zupełnie jak w Polsce. Listopadowe niebo nad New Delhi pokryło się grubą warstwą chmur, które co kilka minut eksplodowały pajęczyną błyskawic. Powietrze natychmiast zapełniło się wirującymi na wietrze plastikowymi torbami, patykami, kawałkami trawy i wszelkiej maści śmieciami, które zazwyczaj spokojnie zalegają grubą warstwą na ulicach indyjskiej stolicy. Szła burza.
 
Najgorsza z możliwych, bo z południowego-zachodu, czyli od rajasthańskiej pustyni Thar. Niosła ze sobą tony czerwonych, maleńkich ziarenek pisku, który w ciągu kilku zbliżających się godzin miał spaść na New Delhi. Było słychać niemal ich fizyczny zgrzyt, gdy ocierały się o siebie w powietrzu. Zupełnie jak odgłos produkowany przez uzębienie wędkarza po tygodniowej bezowocnej pogoni za lipieniem w wodach Dunajca... Indusi nie lubią takich burz. Ja też. Piach i kurz wciskają się w każdą, najmniejszą nawet szczelinę. Ale niosą też ze sobą ładunki elektryczne, co powoduje iż atmosfera wśród zamieszkujących miasto istot dwónożnych staje się nerwowa, a niewielka wzajemna życzliwość spowodowana zapewne dość dużą konkurencją w czternastomilionowym stadzie, spada do poziomu zero.

Siedziałem sobie wygodnie w barze hotelu „Bristol” znajdującego się w Gurgaon, jednym z satelickich miast stolicy, obserwując przez okno całe to budzące podziw i grozę widowisko z perspektywy wygodnego barowego stołka. Przesiadywanie w barach jest nieodłącznie związane z pracą w Indiach, gdzie osoby umówione na spotkanie albo spóźniają się w nieskończoność, albo, co zdarza się równie często, zupełnie się nie pojawiają pod jakimś zupenie idiotycznym i nieprawdopodobnym pretekstem, typu smierć dwudziestego piątego dziadka w tym tygodniu, lądowanie latajacego talerza w pobliskiej wsi czy zatrucie się pomidorami skażonymi po Czernobylu. Czekałem... Czekałem i coś tam popijałem. Popijałem i czekałem, gapiąc się na zewnątrz przez przeszkloną ścianę budynku. Zresztą „Hunter’s Bar”, nie tylko ze względu na moją prznależnośc do klanu „cichych wariatów”, nie budził zainteresowania swoim wystrojem. Pomijając fakt, iż polowania są w Indiach całkowicie zakazane, co oczywiście nie jest przestrzegane przez różnorakie wybitne i ważne osobistości typu minister ds. śrób lewoskrętnych w rządzie stanu tego czy tamtego, lub aktor o tak przecudnej urodzie, że nawet uprawianie sexu z Sandrą Bullock byłoby dla niego pokutą, to jeszcze miejsce raziło pretensjalnością. Jakaś strzelba, gipsowy łeb jelenia /kto kiedykolwiek widział w lesie gipsowego jelenia?/, parę kretyńskich obrazków niby rodem z epoki Raju, czyli okresu panowania Brytyjczyków w Indiach i na tym kończyła się „myśliwskość” baru. Kanapek z kiełbasą myśliwską też, z wiadomych względów, nie serwowali...

Natomiast po spożyciu pewnej ilości tego co jednak bar serwował, poczułem się w obowiązku odwiedzić ulokowany na tym samym piętrze przybytek, gdzie nawet król zwykł chadzać piechotą. Bacząc aby nie wpaść w rozstawione myśliwskim zwyczajem na korytarzu potrzaski i wnyki, przemieściem się przed drzwi oznaczone obrazkiem siusiającego chłopczyka. Otworzyłem je i ujrzałem, nie..., moim oczom objawiło się, nie..., zostałem olśniony przez coś, co spowodowało, iż mało nie popuściłem w pory zmagazynowanych przez ostatnią godzinę w moim organiźmie wyrobów jednego z miejscowych browarów! Na wewnętrznej ścianie naprzeciwko drzwi do, nazwijmy to brutalnie ale po imieniu, hotelowego kibla, wisiało DZIEŁO SZTUKI!!! Gdyby dajmy na to taki Jan Matejko, był wędkarzem muchowym, to z całą pewnością płutno wyszłby spod Jego pędzla. Inna sprawa, że ze względu na zamiłowanie Mistrza do sporych formatów pewnie by się w toalecie na którymś tam piętrze hotelu „Bristol” w Gurgaon nie zmieściło. Innym elementem, który łączył to zjawiskowe piękno z dziełami naszego Mistrz, była jego konwencja. Martwa natura. Wędkarska martwa natura! Zupełnie jak w „Bitwie pod Grunwaldem”, gdzie też uważny obserwator zauważy całą masę martwej natury, głównie krzyżackiej zresztą... Na moim obrazie, bo ani przez chwilę nie żywiłem złudzeń, że będzie on dłużej wisiał na swoim miejscu, widniało zdjęcie pięknej nakrapianej ryby wraz z jej dzielnym łowcą, jakiś przyczepiony do ściany wycinek z wędkarskiej gazety, rozsypane niedbale pstrągowe muchy, wędki, koszyk i wiele innych elementów muszkarskiego ekwipunku. I wszystko to w kiblu!!! Cóż za dyshonor?!

Przypomniawszy sobie po co się tu znalazłem, zrealizowałem tą część planu i rączo pognałem w drogę powrotną do baru. Tu złapałem za klapy pierwszego kelnera, który miał nieszczęście się na mojej drodze nawinąć i poddawszy go krótkiemu, aczkolwiek brutalnemu przesłuchaniu, ustaliem iż jedyną kompetentną w hotelu, jak mawiał Jacek Federowicz „wadzą”, jest pan manager, który o tej niechrześcijańskie, uppps, niehinduistycznej porze już dawno cieszy się ciepłem domowego ogniska. Oczywiście w przenośni... Pobrałem więc od przerażonego barmana numer telefonu do hotelu i zapomniawszy o dalszym oczekiwaniu na umówioną osobę, która zresztą następnego dnia zadzwoniła do mnie przepraszając za nieobecność spowodowaną wysadzeniem w powietrze przez pakistański wywiad wiaduktu na drodze do hotelu, pogalopowałem do domciu.

Następnego dnia już od rana rozpocząłem żmudne nękanie dyrekcji hotelu telefonami. Po głosie moich rozmówców mogłem z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że za groma nie wiedzą o co chodzi temu „czubkowi” po drugiej stronie linii telefonicznej.
„Yes, sir. Obraz w toalecie? Doprawdy, sir? Tak, sprawdzimy, sir. Proszę
zadzwonić za godzinę, sir”.
Oczywiście za godzinę miałem już na linii kolejnego, jeszcze ważniejszego managera i tłumaczenie zaczynało sie od pojęć podstawowych: toaleta, obraz, wędka itp itd. Wreszcie „nasty” manager, który musiał już być naprawdę wybitnym managerem, z telefonem w dłoni udał się pod wskazany „adres” aby stwierdzić naocznie, cóż tak frapuje „sahiba” z pobliskiego Delhi. Cały czas udzielałem mu wskazówek jak ma podążać, aby nie zgubił się w swoim własnym hotelu i aby dotarł do miejsca gdzie znajduje się TO. Wreszcie usłyszałem w telefonie skrzypnięcie drzwi i po chwili dotarł do mnie głos pracownika hotelu:
„Sir, czy to ten obraz z rakietą tenisową?”
„Jaką rakietą...?”, wykrztusiłem, jednocześnie starająć się zapanować nad uczuciem ogarniającej mniej paniki, iż oto ktoś inny, dowiedziawszy się o wiszącym sobie w tak ustronnym miejscu skarbie, podprowadził mi go sprzed nosa. I nagle spłynęło na mnie olśnienie!
„To nie rakieta, ty palancie” /to ostatnie w duchu/. „To podbierak!. Podbierak muchowy! Widzi pan, nawet nie wiecie co posiadacie...! Please, please, please. Ja chcę to mieć!”
Tak się w swoim wywodzie zapaliłem, że dla dodania mu siły przekonywania o mało nie dałem w bek. Na nic się zdały tłumaczenia, że hotel nie sprzedaje elementów swojego wyposażenia i że jak gość hotelowy chce coś mieć na pamiątkę, to sobie to coś może kupić, ale w hotelowym sklepiku z suvenirami. Sir nie tylko nie dawał się spławić, ale jeszcze zagroził, iż jeżeli obraz nie znajdzie się w jego posiadaniu w sposób legalny, to go najzwyczajniej w świecie z hotelowej toalety podwędzi... Słysząc, że łatwo się mnie nie pozbędzie, wybitny, acz wyraźnie zdesperowany już manager, rzucił jakaś okrótnie zaporową w jego mniemaniu, cenę, za którą ewentualnie dyrekcja hotelu byłaby gotowa rozważyć przekazanie prawa własności do tak intrygującego mnie przedmiotu. Oczywiście z miejsca się zgodziłem, co musiało wywołać u mojego rozmówcy niewielki szok, ale czego nie robi się w gorączce kolekcjonerskiej... Uzgodniliśmy, że przyjadę do „Bristolu” w najbliższą sobotę i spotkamy się o umówionej porze we wspomnianym „Hunter’s Bar”.
Dni mijały wolno, ale doczekawszy się początku weekendu i zapakowawszy całą Rodzinkę do samochodu, aby wreszcie mogła zobaczyć obiekt przez który w ostatnich dniach tatuś i małżonek w jednaj osobie zachowywał się tak jakby spadło mu na łeb pianino, udałem się w drogę do Gurgaon. Pędziłem jak wariat, łamiąc po drodze wszystkie możliwe, a także niemożliwe przepisy ruchu drogowego, które i tak nie są w Indiach przestrzegane. Miałem wrażenie że wszyscy lecą na złamanie karku do „Bristolu” aby wejść w posiadanie mojego obrazu! Ja jednak byłem pewien, że będzie on mój, móóóójjjj, móóóó...., mmm..... eeee..... W barze nie czekał na mnie wybitny manager, a miejsce w kibelku, gdzie jeszcze kilka dni temu wisiał „mroczny przedmiot mego porządania” zionęło pustką! Pustką tak beznadziejną jak zawartość większości naszych rzek pstrągowych. Zdrada!!! Z wywieszonym ozorem latałem po wszelkich możliwych zakamarkach hotelu szukając mojego kochanego wybitnego managera. Na próżno. Swoją bezładną plątaniną przykułem jednak uwagę jakiegoś mniej wybitnego przedstawiciela managementu, który zapytał mnie wreszcie po jakiego grzyba zakłucam spokój obsługi i nielicznych gości hotelowych. Gdy wyjawiłem mu cel mojej wizyty i cenę za jaką w swoim zaślepieniu zgodziłem się odkupić od jego firmy intrygujący mnie malunek, rozmówca z miejsca został moim nowym najlepszym przyjacielem i zapragnął opylić mi połowę wyposażenia hotelowego.
„Sir, ten obraz którego szukasz, to był taki brzydki. Mamy wiele innych, znacznie ładniejszych i w równie przystępnych cenach... Spójrz na ten wiszący w recepcji. Jakiż to piękny wielbłąd na rykowisku... O przepraszam, słoń na pastwisku... Może Sir zechciałby i naszą recepcjonistkę...?” Wszystkie indyjskie słonie, wielbłądy i recepcjonistki były jednak dla mnie w tej chwili tak ważne jak wyniki sezonu karpiowego w Hiszpani sprzed 25 lat. Ja chciałem mój obraz!!!

Do domu wracałem w równie radosnym nastroju jak Napoleon spod Waterloo.
„A to drań jeden. Zaraza. Opylił mój obrazek komuś innemu jak tylko dowiedział się ile to cacko jest warte. Przyjdzie mi umrzeć i nigdy go już nie zobaczę. Już nigdy...”. Tak sobie rozmyślałem przez resztę weekendu, którego jak zapewne słusznie zgadujecie nie zaliczę do najszczęśliwszych w moim życiu. Aż nastał poniedziałek, a z nim możliwość rzucenia się do gardła mojemu znienawidzonemu wybitnemu managerowi, sposoby zgładzenia którego analizowałem skrupulatnie przez poprzednie 48 godzin.
„Gdzie jest mój obraz?!” Zaryczałem w słuchawkę w śliczny poniedziałkowy poranek, gdy usłyszałem w niej głos mojego wroga numer jeden. Zresztą użycie telefonu było wybitnie symboliczne, gdyż mój dziki skowyt z całę pewnością było słychać w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.
„Ależ sir, przecież jak tak długo i wytrwale na ciebie w sobotę czekałem”. Łgał jak z nut mój rozmówca, podczas gdy ja spokojniutko ostrzyłem siekierkę...
„Tak, moja ty ptaszyno? A gdzież to tak na mnie czekałeś?”
„Nooo, tego, w tym, tego, noooo...”Plątał się w zeznaniach wybitny manager, podczas gdy ja przeszedłem do przeglądu maczugi, którą zamierzaem skruszyć na jego łepetynie...
„Imię, nazwisko, adres i numer komórki, proszę mi tu natychmiast”. Wyryczałem w słuchawkę, nie przerywając rychtować dzidy... „I nie rozłączać mi się!”
Dopiero gdy wybrałem numer komórki nieszczęśnika i usłyszałem odgłos jej dzwonka w trzymanej słuchawce telefonu stacjonarnego, troszkę mu pofolgowałem.
„Tak więc, kiedy mój złoty będę mógł wpaść po MÓJ obraz?”
„Sir, kiedykolwiek tylko sobie zażyczysz”. Wyszeptał.
„Jadę do ciebie... Słyszysz? Zbliżam się! Nadchodzę!”
W słuchawce słychać było nerwowe przełykanie śliny i cieżki oddech wyraźnie przestraszonego rozmówcy. Moja pielgrzymka do Gurgaon, była dla niego teraz tak miłą perspektywą i równie nieuchronną, jak nadejście końca jego własnych dni na tym łez padole. Jadąc kilkakrotnie zatrzymywałem się i dzwoniłem do mojej ofiary, aby przypadkiem nie zmieniła swojej lokalizacji. Że o lokalizacji mojego arcydzieła nie wspomnę.

Gdy zbliżyłem się do miejsca przeznaczenia w powietrzu było czuć strach. Cuchnął nim cały Gurgaon.
„To wybitny manager”. Pomyślałem. Ale jak na prawdziwego potwora muszkarskiego, zaślepionego kolekcjonerską pasją przystało, oczy me nie uroniły łzy. Wprost przeciwnie, serce przepełniała mi radość, jak ojcu który odnalazł ukochane dziecko. Jak pastuszkowi, który oto właśnie wyrwał owieczkę z paszczy wstrętnego wilka. Jak urzędnikowi skarbowemu, który wynalazł 5-złotowy przekręt w dokumentach podatnika...

Zupełnie inaczej go sobie wyobrażałem. Był młody, średniego wzrostu, szczupły i wyprostowany.
„Nawet gość mile wygląda. Szkoda, że będę go musiał poddać najbardziej wyszukanym torturom świata”.
Małe czarne i czujne oczka świadczyły o stanie napięcia. Zdradzał go jednak stojący za nim, opakowany w bombelkowaną folię płaski, prostokątny przedmiot.
„Dobrze ci tak”. Pomyślałem. „Teraz się bój...”
Stałem sobie i patrzyłem. On też stał i patrzył. Wreszcie wystękał:
„Czy to ty, sir?”
„Tak to ja.”
„Ja... Ja bardzo cię przepraszam, ale...” Widac było, że gorączkowo układa w małej, sprytnej główce kolejne wielkie i plugawe kłamstewko. Postanowiłem oszczędzić sobie tych historii o ataku roślin ludojadów i innych przeciwnościach, które to uniemożliwiły mu pojawienie się w „Hunter’s Bar” w ostatnią sobotę. Z natury jestem jednostką dobrotliwą i nie noszę długo zawiści w sercu. No, najwyżej jakieś sześćdziesiąt lat...
„Jak ci synu na imię i skąd pochodzisz?”. Zagaiłem rozmowę. To zapewne bliskość realizacji mojego pragnienia spowodowała, iż żal mi się zrobiło mojego wybitnego managera i postanowiłem od tej pory być dla niego miły i uprzejmy.
„Jestem Rohit, sir. Jestem z Nahan w Himachal Pradesh”
„Ooo, znam to miejsce z moich wypraw wędkarskich. To piękne miesteczko”. Powiedziałem. „Paskudna, zapyziała dziura”. Pomyślałem.
„Naprawdę, sir? To bardzo, bardzo historyczne miejsce. Mamy tam świątynie, mamy pałac, mamy...”
„A obrazów tam nie macie? Takich z rakietami tenisowymi?”. Zagadnąłem, widząc iż zanosi się na dłuższą prelekcję na temat lokalnych atrakcji.
„Nieeee, sir. Ale mamy tu jeden taki, który pewnie cię zainteresuje”. Jego twarz rozjaśni uśmiech, który odsłonił dwa rzędy prześlicznych, białych zębisków. Tylko przez chwilę miałem ochotę mu w nie przyłożyć... Ale przecież mam być miły i przytulny jak miś pluszowy... W związku z tym także uszczęśliwiłem go widokiem swych, znacznie mniej widowiskowych kłów. Niemal zostaliśmy przyjaciółmi. Nawet zaryzykował zaproszenie mnie na lunch. Nawet zgodziłem się, ale po powrocie z Bangladeszu, do którego nawiasem mówiąc się wcale nie wybierałem. Pokazał mi zdjęcia swojej żony, dzieci, rodziców, psa i kota. Ja odwzajemniłem się pokazując mu plik rupiowych banknotów, kończąc tym samym tak familijnie zapowiadającą się sielankę.
„Oh tak, sir! Tu jest, czy mam go rozpakować?”
„Tak”. Dobrze pamiętałem moje indyjskie przygody z zakupami, które po usunięciu w domu opakowania, okazywały się być dokładnym zaprzeczeniem towaru, który pierwotnie zamierzałem nabyć. Na zasadzie: biały mebel – czarny mebel, rozmiar S – rozmiar XL itp. itd. W miarę jak Rohit ostrożnie usuwał folię, odsłaniając wnętrze opakowania, z jego środka zaczęła bić wielka jasność, która mogła pochodzić tylko od jednego, jedynego przedmiotu w całym Gurgaonie, ba w New Delhi całym! Mój Matejko, Kossak i Malczewski w jednym! Tak, w środku było to co przez tydzień spędzało mi sen z powiek, przez co moje ciśnienie wzrosło do poziomu 500/200 a uśmiech nie gościł na mej, za przeproszeniem, buzi. Moje ramiona rozwarły się w powitalnym geście, zupenie jak kiedyś przy spotkaniu Brażniewa z innym przedstawicielem bardziej zaawansowanej technicznie i wiekowo cywilizacji. Z miejsca runął w nie Rohit, którego musiałem przegonić, uświadamiając mu, że to nie jego chcę do serca przytulić. Był mój, tylko mój!
„Już nigdy cię nie opuszczę... Już nigdy...”. Wyszeptałem. Chyba rozumiejąc intymnośc sytuacji Rohin cichutko usunął się na bok. Podobnie uczyniło sześciuset innych pracowników hotelu, którzy zgromadzili się wokół, zwabieni brakiem innych lepszych zajęć. Atmosfera była podniosła jak w finale filmu wojennego rodem z Bollywood. Obsada: Rohit, obraz i ja.

Gdy piszę te słowa, wisi nad biurkiem na którym stoi komputer. Obok wygrzebanej na delhijskim bazarze Haus Khas szafki pomalowanej w pstrągi, bakelitowego kołowrotka ze Sri Lanki, figurki skaczącego pstrąga sprzedanego mi jako delfin w obozie uchodźców tybetańskich w Pokhra w Nepalu, flaszek whisky „Black Dog” opatrzonych rysunkiem łososiowej muchy o tej samej nazwie, oraz kilku innych muszkarskich gadżetów. Jest piękny, zjawiskowy...

Ale wiem, że przede mną inne wyzwanie. W damskiej toalecie jednej z delhiskich dyskotek wisi zniewalająca rycina przedstawiająca dwóch wędkarzy podczas połowu łososi na muchę! Znowu w TOALECIE!!! I to damskiej! Pewnie zastanawiacie się co takiego robiłem w damskiej toalecie? No cóż, nie będę tego tłumaczył, przecież to muszkarskie forum....

Przemek Lisowski

<< PowrótOceń artykuł >>

Autor Komentarz
Zbigniew Szwab
Co tu duzo pisac - jak zawsze /zdazyles nas do tego przyzwyczaic :)/ czytalo sie swietnie :) Brak mi slow uznania i ... jak mawia Manio "najpierw poslodzic, a pozniej powiedziec o co chodzi ;) ... mozna by tu zobaczyc Twoj Skarb, czy trzeba jechac az do Indii zeby go zobaczyc? ;) a moze nikomu go nie pokazujesz?

Pozdrawiam Zbyszek
Przemek, Delhi
Namaste!
Dzieki za ceple, jak zwykle, slowa. Och ten Manio... Juz Ci sie pochwalil ze zlowil lososia na Speyu? A tak przy okazji to zdjecie /znakomite!!!/ pochodzi od Michala. Moj "skarb" jeszcze czeka na szersza publicznosc do czasu jak zawitam do kraju. Pozdrawiam.
Michał Potoczek
Manio łososiem chwali się już od dwóch dni - nawet zdjęcia porozsyłał ;-)
rekin
BARDZO-BARDZO podoba mi się artykuł.
Słowa uznania (ani w galerii,ani na targu
tylko,tylko.............w WC
manio
Manio, manio, flagowy temat komentarzy... :) Tak piszecie, bo mi zazdrościcie :)))))
Przemku, jak zwykle fajny tekst. Historię tego obrazu poznałem wcześniej, jednak miło się czyta. Tak sobie pomyślałem, że może i ja coś napiszę o moim łososiu, speyu i szkocji? Zadebiutowałbym w tak doborowym gronie flyfishingowych pisarzy... Pomyślę o tym i skonsultuję z Panem Administratorem :) POZDRAWIAM! Manio
Przemek, Delhi
To Ty umiesz pisac?! Na FF oczywiscie... Bo na innych "wrogich" stronach to juz calkiem udanie zaistniales. I tym razem w slady "pana Przemka" idziesz? Juz woda /ta przez o z kreska/ i rybki nie wystarcza?
Pawel P
Doskonały artykuł. Przemek ten na zdjęciu to Ty?
Przemek, Delhi
No co Ty!? Nic nie mam przeciwko osobnikowi na zdjeciu, ale mnie mozesz podziwiac na fotce przy artykule o rzece Beas, tj. "Pstragi z doliny Bogow".
SQRA
No brawo , brawo mecenasie sztuki. Może to nie odnalezienie "Bursztynowej Komnaty" ale od czegoś trzeba zacząć. Powiedz mi tylko co to za uroczy pan na zdjęciu. A może to ty grubasie ? No ale nie czas na pogaduchy . Ruszaj po kiblach bo Indie to spory kraj, więc roboty masz na parę lat. Pozdrawiam Skurek Ogórek.
P.S. Manio znów złowił Łosia.
Większego i smaczniejszego podobno. To już 22 łosoś złowiony ogółem w Speyu w tym roku. To imponujące.
"Ech Paliaki wsiu rybu wy....biot" jak mówił don Wasyl
manio
Dziękuję Squro za wsparcie. Inni mnie tu nie lubią, więc pisać nie będę. O! :)
Łukasz Bartosiewicz
Jak zwykle SUPER!!!! Gratuluję.
jarex
Zawalisty artykuł, zresztą jak poprzednie, czyta się jednym tchem. Może pomyśl o wydaniu książki, chętnie ją kupię.
Pozdrawiam. Jarek.
Adam Fronc
Nooo nieee, a ja Cię kiedyśtam krytykowałem już nawet nie pamiętam za co.... Wspaniały artykuł, świetnie się czyta, naprawdę wydaj książke ja też ją kupię :-) gratuluję lekkości pióra, pozdrawiam
Łukasz Dziedzic
Rewelacja.
Ja również czekam na książkę!
JacekP
Przemku, za Twoją przyczyną postanowiłem zlecić namalowanie takiej martwej natury mojej siostrze :-)
Myślę, że czekamy wszyscy na fotkę Twojej zdobyczy.
Pozdrawiam

Galeria zdjęć
Trociowa na dablu
Email:
Haslo:
Zaloguj automatycznie
przy kazdej wizycie:
Zaloz konto
Gorące dyskusje
Na Forum
Renaelva 2019
Trzy minuty z naszej
tegorocznej
10-dniowej wyprawy
do Norwegii na rzekę
Renę. Łowiliśmy
głównie lipienie,
zarówno
Propozycje na naszywkę Forum FF

 [tally] 7

 [tally] 5

 [tally] 10

 [tally] 12

 [tally] 81

 [tally] 10

 [tally] 1

 [tally] 4

 [tally] 19

 [tally] 8

 [tally] 19

 [tally] 93

 [tally] 24

 [tally] 6

 [tally] 7
głosów: 306 więcej >>
Copyright © flyfishing.pl 2002
wykonanie focus