f l y f i s h i n g . p l 2019.07.17
home | artykuły | forum | komis | galerie | katalog much | baza | guestbook | inne | sklep | szukaj
Bieżące informacje
Pstrąg i Lipień nr 42
KRÓLEWSKI PORADNIK WĘDKARSKI Z INDII Z XII W.

Jednym z najważniejszych źródeł do poznania dziejów wędkarstwa w świecie jest fragment induskiej księgi Manasollasa z XII w., w której jest opis połowu na wędkę, jako formy rozrywki. To źródło, pokrytę grubą warstwą historycznego kurzu i ukryte w trudnodostępnym oraz rzadko czytanym czasopiśmie w Europie, jest nieznane szerszemu kręgowi osób piszących o dziejach wędkarstwa, gdyż w żadnej ze znanych mi prac nie jest ono cytowane.
Wiadomości z łowiska
Mała Wisła 1
2017-05-10
Super woda do łowienia.
średni poziom, jętka około południa
Wiadomości z łowiska
San Zwierzyń-Hoczewka
2013-07-12
Warunki bardzo dobre
Wiadomości z łowiska
OS Dunajec
2014-08-12
warunki dobre ale nie idealne
Wiadomości z łowiska
Łowisko Pstrągowe Raba
2019-07-08
bardzo niska, bardzo czysta woda, pod chmurką
Nasze wzory
Black&violet Spey
Wzory much
W katalogu FF
IMGW
Stan wód
Niezbędny każdemu wędkarzowi "na rozjazdach"
 
Flyfishing.pl
Reportaże:
PSTRĄGI Z DOLINY BOGÓW

autor: Przemek Lisowski, opublikowane 2005-05-26

Indie są krajem wybitnie politeistycznym. Sami Indusi mają często kłopoty z rozeznaniem się wśród prawdziwych hord tutejszych Bogów i ich wcieleń, których liczba oceniana jest na ponad trzydzieści tysięcy! Jednym z największych skupisk mocy nadprzyrodzonych na subkontynęcie pozostaje rozciągająca się około 400 km. na północ od New Delhi, Dolina Kullu i Manali. Na jej obszarze znajduje się kilkaset większych i mniejszych światyń poświęconych przynajmniej siedemdziesięciu różnym bóstwom. Stąd też miejsce to nazywane jest często Doliną Bogów.
 
Wśród zagranicznych turystów, zwłaszca tych z Europy i Izraela, Kullu i Manali jest jednak znane z zupełnie innego powodu. Otóż zlokalizowane są tu słynące z wysokiej jakości uprawy marihuany. Być może w ostatnich latach tego rodzaju turystyka nieco straciła na swojej atrakcyjności, niemniej i dziś można tam spotkać grupki młodzieńców o wzroku nieco „rozmażonym”, przypominających wyglądem kosz z odzieżą mocno używaną w naszym krajowym „lumpeksie”. Indywidua te co jakiś czas popadają w konflikt z miejscowym prawem i wówczas w większych lub mniejszych grupkach zasiedlają miejscowy zakład karny w miasteczku Kullu.

Pomijając walory hamalajskiej „trawy”, jest jednak coś innego, co powoduje, że Kullu i Manali będąc w Indiach odwiedzić należy. Szczególnie gdy jest się wędkarzem muchowym. Powód ten to płynąca dnem doliny rzeka Beas. Bierze ona swój początek z lodowców znajdujących sie na zachód od przełęczy Rohtang La, bardziej znanej pod angielską nazwą Rohtang Pass /3.975 m npm/ i po około 300 kilometrach łączy swoje wody z rzeką Sutlej w pobliżu miasta Jalandhar w stanie Punjab. Jej wody zasiedlane są przez introdukowane jeszcze przez Brytyjczyków pstrągi potokowe, oraz wprowadzane dość intensywnie w ostatnich latach tęczaki. W Dolinie znajduje się zresztą hodowla tych ryb, co powoduje że w kilku miescowych knajpkach można zakosztować jakże bliskiego naszemu polskiemu podniebieniu pstrążka z frytkami i cytrynką....

Początek sezonu na Beas przypada na maj, kiedy to powoli stan jego wód zaczyna opadać po spłynięciu potężnych mas śniegu z okolicznych szczytów i dolin. Ciękno jest zresztą podać dokładny termin kiedy to następuje, gdyż wszystko zależy od tego jak intensywna była zima. A w Kullu i Manali potrafi „popruszyć” snieżkiem! Aby uzmysłowić Wam skalę problemu, powiem jedynie, że wspomniana przełęcz Rohtang Pass, którą prowadzi droga do stolicy buddyjskiej części stanu Jammu i Kashmir, Lehu, jest otwarta dla ruchu samochodowego jedynie od czerwca do października. Zupełnie jak nasza „Zakopianka”...

Niemniej ja z moją dzielną Drużyną – Rodziną, wybrałem się w ten rejon na początku maja. Całą, trwającą dwa dni drogę miałem potężnego pietra. Znajomy Polak, który oprócz tego iż usilnie stara się na delhijskim uniwersytecie nauczyć kilku bardzo zdesperowanych Indusów języka polskiego, to lubi jeszcze jeździć motorkiem po różnych dziwnych miejscach w tym kraju, doniósł mi, iż tydzień wcześniej Beas niósł dużą, pośniegową wodę. Gdy pierwszy raz za oknami terenowej „Toyoty” ukazała się rzeka, przybrałem wygląd koła samochodowego po złapaniu „gumy”. Na dnie pionowego kanionu koło miasta Mandi płynęło „coś”. „Czy to ma być owa słynna, najwspanialsza indyjska rzeka pstrągowa?!”, zadawałem sobie pytanie. Pomijając prozaiczny brak możliwośc zejścia na dół wąwozu po praktycznie gładkich skałach, kolor wody przypominał raczej to co wylatuje z kolektora ściekowego na warszawskiej Pradze, niż rzekę w której mają bytować salmonidy. Moje zdziwienie rosło w miarę jak wspinaliśmy się w coraz to wyższe partie gór. Rzeka zwyczajnie zaczęła znikać! Zagadka wyjaśniła się po dalszych kilkudziesięciu kilometrach, kiedy to dotarliśmy w rejon miasteczka o nazwie Bajaura. Otóż jakiś (eu)geniusz inżynierii i energetyki zaprojektował, a co gorsze wybudował w tym miejscu potężną zaporę, która piętrzy wody Beas tworząc całkiem pokaźne sztuczne jezioro. Jest tylko jeden malusieńki problemik. Kanały spustowe, na których zainstalowano agregety napędzane przez wodę Beas, umieszczono w 12-kilometrowych tunelach wydrążonych wewnątrz pobliskich gór. Powoduje to, iż całą rzeka tłoczona jest praktycznie do ich wnętrza, zaś poniżej zapory przez wiele kilometrów Beasu nie ma! Ot, taka niespodzianka ze strony miejscowej myśli technicznej.

Moja „macha” uradowała się jednak po minięciu jeziora, gdy na horyzoncie ujrzałem majaczące pokryte wiecznym śniegiem szczyty, zaś rzeka zaczęła przybierać jako taki wygląd. W dalszym ciągu straszyła stromymi urwiskami i wydawać by się mogło bezdenną głębią mas spienionej wody, ale przynajmniej jej kolor zaczął budzić w moim skołatanym serduszku nadzieję. I jak się okazało, całkiem słusznie.

W pobliżu Kullu dolina znacznie się rozszerza, co powoduje że Beas rozlewa się i wypłyca. Chwilami do złudzenia swoim charakterem przypomina nasz Dunajec w okolicach Gołkowic! Kolejnym pozytywnym sygnałem było zanotowanie z okna samochodu kilku osobników, którzy poruszali się wzdłuż brzegu rzeki i wykonywali jakieś dziwne ruchy króciutkimi patyczkami trzymanymi w rękach. Przy dużej dozie fantazji, graniczącej z prozą Tolkiena, można ich było posądzić o wędkowanie...

Jeszcze tylko około godzina kołatania się, po tkzw. „autostradzie krajowej nr 21”, która stanowi spełnienie najsłodszych snów mechaniów podwozi samochodowych, i dotarliśmy wreszcie do celu, którym był prześlicznie ulokowany nad rzeką ośrodek o nazwie „Span Resort”. Parterowe domki skąpane są we wspaniele utrzymanej zieleni, a obsługa gotowa jest do niewyobrażalnych poświęceń aby tylko spełnić nawet najdziwniejsze zachcianki turystów z dalekiego kraju zamieszkałego przez żubry i blondynki. Pierwszym z nich jest oczywiście licencja wędkarska, którą dla ułatwienia trzeba nabyć w dość odległym Manali w jakichś niechrześcijańskich godzinach. Kosztuje śmieszne 100 rupii indyjskich za dzień, czyli około 7 zł. Wysyłam po nią pracownika ośrodka w towarzystwie kierowcy i po kilku godzinach staję się szczęśliwym posiadaczem druczka, który wygląda jakby jednym z niezbędnych elementów jego wystawienia było intensywne przeżucie go przez osobnika wystawiającego. Kolejne życzenie, pochodzące od mojej latorośli jest jednak bardziej skomplikowane. Karolek chce konia! Bo w prospekcie ośrodka był koń i konia nie ma! Gdzie jest kooooń!!!? Przerażeni mozliwością zejścia lawin z pobliskich szczytów, pracownicy hotelu rzucaja się do poszukiwań i znajdują biednego czworonoga, który przeczuwając nadciągającą zagładę, ukrył się w towarzystwie właściciela na jednym z pobliskich drzew... A może była to jakaś lokalna stodoła. Nie pamiętam... Od tej chwili szkapa była ustawicznie ujeżdżana przez małego ułana z Polski, który jednak dał przy tym nieźle zarobić jej posiadaczowi.

Uszczęśliwiwszy pociechę i upewniwszy się, że zmęczona podróżą Iwonka także nie przejawia większej aktywności zakupowo-wędrowniczej, postanawiam rozdziewiczyć swoje pstrągowe muchy. W recepcji grzeczny Indus pyta czy mam ze sobą sprzęt, bo jak nie to oni chętnie takowym służą. Przez ciekawość zapytałem, czy może mi pokazać coż to takiego mają na wyposażeniu. Co też i przemiły recepcjonista z wręcz ekshibistycjonistyczną /uff, jakiż trudny wyraz!/ radością uczynił. Byłem przygotowany na wiele i to co ujrzałem spełniło moje oczekiwania. Z miejsca zaoferowałem odkupienie od ośrodka wędzisk gabarytów dłuższej podlodówki, nabijanych gwoździachami i z przywiązanymi do nich różnej długości kawałkami żyłki grubości małego palca. Całe to ustrojstwo zakończone było hakami, których pierwowzorem zapewne musiał być ten na którym zawisł protopyt polskich i słowackicj „dresiarzy”, Janosik. Uzupełnieniem zestawików były dyndajace nad hakami wielgaśne gomoły ołowiu i innej stali, z których część przypominała słynne „ciągarki” ze śrób stosowanych przy łączeniu szyn kolejowych. Swoją drogą, nic dziwnego że pociągi w Indiach się wykolejają z częstotliwością godną lepszej sprawy. Obsługa broniła jednak eksponatów z wielką odwagą i musiałem swoich niecnych planów zaniechać.

Aby uspokoić nerwy nadszrpnięte taką kolekcjonerską okazją, która przeszła mi koło nosa, udałem się nad rzekę, której przeraźliwy łomot i huczenie słychać było już z odległości kilkuset metrów. Beas na odcinku pomiędzy miasteczkami Kullu i Manali budzi szacunek. To siła i dzikość, którą jest sobie trudno wyobrazić. Rzeka wali w dół po ogromnych kamieniach, żłobiąc co roku nowe koryta. W recepcji widziałem zdjęcia z ubiegłych lat, kiedy to Beas płynął przy samym ośrodku, zaś obecnie jego koryto znajdowało się po przeciwnej stronie doliny. Człapiąc przez płytkie odnogi w których ledwie sączyły się stróżki wody, zbliżyłem się wreszcie do źródła odgłosów przypominających przejeżdżający po moście pociąg towarowy. To jego wysokość Beas czynił ten hałas, opadając w dół doliny po dziesiątkach progów skalnych i kamieni. Pierwsze wrażenie jst piorunujące. Piękno zmieszane z barbarzyńskim impetem milionów ton wody, jakby chcących znieść z powierzchni ziemi otaczające rzekę góry. Himalaje czają się zaś wokół dziesiątkami śnieżnych grani, wąwozów i szczytów. Spoglądając w górę, przez opary roztrzaskującej się o kamienie wody, ma się wrażenie, że cała ta potęga zaraz runie w dół, chcąc zmierzyć się z rzeką, która przez wieki, pomału, powolutku zabiera okruszki gigantów. Mam świadomość, że Beas nie stosuje taryfy ulgowej. Jeden nieostrożny krok, może zakończyć karierę każdego, kto potraktuje wodę lekceważąco. Tak jak to miało miejsce w przypadku syna znajomego profesora z delhijskiego uniwersytetu. Młodzieniec wdrapał się na jeden z tkwiących w nurcie kamieni, aby jego koledzy zrobili mu pamiątkowe zdjęcie. Śliska powierzchnia skały była dla niego wyrokiem śmierci. Znajomi nawet nie usłyszeli jego krzyku gdy spadł w spienione nurty rzeki. Jego zmasakrowane ciało wyłowiono kilka kilometrów poniżej…

Nie wierzę zresztą aby ktokolwiek, kto zobaczy Beas przy podniesionej wodzie, ryzykował głębsze wchodzenie w jego nurt. Ja nie stanowię wyjątku. Postanawiam łowić z brzegu. Nie ma innej możliwości niż ciężka, baaaardzo ciężka nimfa. Z trudem odnajduję w pudełku coś co przypomina ciężarem i gabarytami małe żelazko przytroczone do streamerowego haka nr 6. Jest to imitacja pijawki ssącej zirno ikry, a więc mucha raczej łososiowa. Ale to coś, przy wsparciu niewiele mniejszego wynalazku na troku, daje mi przynajmniej szansę obłowienia wolniejszych miejscówek za kamieniami, czy przybrzeżnymi przykosami. Jednak takich miejsc nie ma w nadmiarze. Kilka pierwszych okazuje się zresztą być beznadziejnie pustych. Na wielkim głazie, wiszącym nad głęboką zatoczką, siedzi mały himalajski dziadunio. Wyglada jak nasz polski „świątek”. W jego rączce dostrzegam karykaturalną wersję tego co sam dzierżę w dłoni. Kawałeczek bambusa, podobny do tych podziwianych w recepcji ośrodka, zaś na jego końcu jakiś sznurek, którego koniec ginął w lekko zmąconej wodzie rzeki. Autochton wyglądał jakby „mormyszkował”! Oczywiście przy użyciu dalece mniej wysublimowanego sprzętu, niż nasi polscy mistrzowie świdra i wiadra… Ominąłem go szerokim łukiem, ze względu na przewidywane problemy komunikacyjne. Szkoda mi było tylko tej miejscówki, którą tak zawzięcie opukiwał swoim ciężarem i haczyskiem z podrygującą na nim glizdą. Takie ładniutkie miejsce, najfajniejsze jakie dotychczas widziałem! Trudno się mówi i kocha się dalej. W dole rzeka nie jest już tak ciekawa. Wali równym, szalonym uciągiem, jakby sie jej gdzieś śpieszyło. Ale wracać mi się nie chce, więc bez przekonania podaję nimfy w pasie wody wzdłuż wysokiej burty na której stoję. I w ułamku sekundy widzę błysk ryby, a następnie ruch linki. Tnę i na powierzchni wybucha srebrny granat w postaci wylatującego na metr w powietrze pięknego tęczaka. Ale jazda bez trzymanki! Rybsko w pierwszym zrywie pruje w dół rzeki po grzbietach fal jak delfin, wybierając metr za metrem linki. Skowyt kołowrotka przemieszany z wyciem rzeki. Jezu, jak pięknie! Na kilkunastometrowym sznurze pstrąg spływa pod brzeg. Ale to, że to jeszcze nie koniec uzmysławia mi kolejna jego eskapada w spieniony nurt na środku Beas. Jednak widzę, że po kolejnych wypadach tęczak słabnie. Biegnę w jego kierunku zwijając wybrany przez tego furiata sznur. Zsuwam się po stromiźnie, uważając abym przy tym nie zajechał za dalego w nurt. Chwyt za karczycho i taszczę rybę na brzeg. Nie mam ze soba aparatu. Oczywiście szkoda, bo oceniam zdobycz na dobre 45 cm. Jest nadspodziewanie gruby, prawie nie ma różowej pręgi wzdłuż linii bocznej. Pozwalam sobie na ryk zwycięstwa. I tak nikt mnie nie usłyszy… Mam mojego pierwszego himalajskiego pstrąga. Zwracam rybsko rzece. Tyle mi dałaś radochy…!

Zaczynam odczuwać trudy drogi, więc postanawiam wracać w stronę hotelu. Po drodze mijam dziadka, którego przewieszona przez ramię torba mało optymistycznie powiewa na wietrze. Wyraźnie jest biedak „o kiju”. Nawet przez chwilę żal mi tego leciwego „gliździarza”… Ale zapominam o tym szlachetnym uczuciu, gdy uświadamiam sobie, że toć to on zwolnił tak podchodzącą mi miejscówkę. Pędzę na nią, omijając inne, całkiem przyzwoite dziurki. Aby dotrzeć do jamki muszę przeprawić się przez niewielki, ale dość głęboki kanalik, który w tym miejscu odchodzi od głównego nurtu. W tym miejscu tworzy się ostroga, a za nią kilka metrów kwadratowych spokojnej, ale płytkiej wody. Wreszcie docieram i gramolę się na kambul wielkości małego fiata. Aby pozwolić zatonąć głębiej nimfom, podaję je w górę rzeki na kilkumetrowym sznurze, który wybieram w mierę spływania much w moim kierunku.Kilka pierwszych przepuszczeń much pozwala mi utwierdzić się w przekonaniu, że tkwię nad nadzwyczaj głębokim dołkiem. Ponad 2-metrowy przypon jest za krótki aby sięgnąć dna. Stopniowo wydłużam rzuty i topię coraz to większy odcinek linki. Prąd znosi zestaw w moim kierunku, tak że nimfy wpływają pod kamień na którym przycupnąłem. Kolejne, drugie tego dnia zatrzymanie wolnego przepływu linki. Nawet nie tnę mocno, bo jestem przekonany że oto właśnie złapełem pierwszy w tym miejscu zaczep. Zresztą przecież „straszny dziadunio” pracowicie obstukał tą mijscówkę „Magdą” zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej. Wszystko to powoduje, że wściekłe targanie na końcu zestawu przyjmuję z niedowierzaniem. Ale faktom nie da się zaprzeczyć. Oto mam na haku kolejnego i to równie dużego jak poprzedni, mieszkańca Beasu! Lokator dołka przez kilka chwil krąży po swoim królestwie, aby wreszcie zdecydować się na posunięcie, które juz znam, tj. szaleńczy odjazd z prądem w dół rzeki. Tyle tylko, że tym razem na powierzchni zamiast grubaśnej srebrnej sylwetki tęczeka, dostrzegam ferię barw wysmukłej okolo 50-cio centymetrowej ryby. Potokowiec! Daję rybce odpłynąć, dość mocno odkręcając hamulec. Na krótkiej lince nie mam szans. Muszę też zyskać na czasie aby móc zleźć z tego wiegaśnego brukala pod którym uwiła sobie gniazdko istota targająca w tej chwili moim przedramieniem. Pstrag płynie sobie po morzach i oceanach, sławiąc imię polskiego muszkarstwa, a ja w międzyczasie znalazłem się niemal po pas w wodzie i zacząłem schodzić za nim w stronę wspomnianej wcześniej przykosy. Ale tu woda sięga przynajmniej do pach i nie mam szans na jej przejście. Cofam się ostarożnie po ślizkich kamienich, przez co dystans dzielący mnie od ryby wzrasta dramatycznie. Niewiele mi już zostało linki na kołowrotku. Czuję, że tracę kontakt z pstrągiem, który wyraźnie zmęczony wpłynął na spokojną wodę poniżej przykosy. Pomimo, że staram się trzymać wędę możliwie wysoko, widzę jak sznur i przypon szorują po wystających z rzeki skałach. Szybko, szybko, aby tylko dostać się w pobliże ryby, która zaczyna się już wykładać na boki! Stopy ślizgają mi się po płaskich kamieniach, zdają klinować się w każdej możliwej, nawet najmniejszej szczelinie. Kręcę korbką kołowrotka jak oszalaly, ale ryba pozostaje ciagle daleko. Linki do ręki nie chcę wybierać bo boję się, że zaplączę się w zwisajace luźno pętle. Z boku moja szarpanina musi zapewne wyglądać dość komicznie... Jednakże jej zakończenie dalekie jest od „happy endu”, chyba że przyjmiemy punkt widzenia ryby. Niestety kółeczka kręcone w zatoce przez potokowca przynoszą efekt – końcowy odcinek przyponu pęka z trzaskiem kiedy jestem zaledwie kilka metrów od potoka. Widzę jak leniwie spływa wraz z prądem Beas i znika za którymś z kamieni w nurcie. No cóż, raz na wozie, raz nawozem, jak mawiają rolnicy... Mam dość. Przemoczone, zimne gacie pomagają mi w podjęciu jedynie słusznej decyzji o odwrocie do ciepego pokoiku i czekającej tam na mnie „Szalonej Dwójki”.

Cały wieczór sącząc „whiskacza” kręcę z nielicznych skompletowanych w Indiach materiałów nimfy, które będą moim zdaniem miały szansę w spotkaniu z tutejszymi prądami, zupełnie nie pasującymi do europejskich standardów, a więc i posiadanych przeze mnie w pudełku much. Rozwalam streamery aby pozyskać odpowiednio wielkie haki, ołów oplatam tak ściśle, że kilka razy mało nie przywiązuję sobie paluchów do nimf. Muszę koniecznie uzupełnić straty w muchach, gdyż przynajmniej jeśli chodzi o „najcięższą altylerię” są one znaczne. Wynika to z faktu zalegania na dnie Beasu grubej warstwy kaleson i innych części ciepłej garderoby będącej na wykorzystaniu miejscowych szczepów podczas długiej i srogiej zimy. Wraz z nadejściem wiosny ludność Doliny masowo pozbywa się noszonej przez całą zimę bielizny, wrzucając ją bezpośrednio do rzeki. Przynajmniej taką sobie ukułem na poczekaniu teorię...

Legła ona w gruzach już następnego dnia, gdy odkryłem, iż inne szczepy, zamieszkujące tereny położone wzdłuż wyższych partii rzeki, lubują się w umieszczaniu na jej dnie i brzegach zupełnie innego asortymentu śmieci i syfu... Tym razem brnę pod prąd po zadziwiająco miękkich, brązowych kamieniach. Zgodnie z powiedzeniem, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, można by na nie nie patrzeć. No tak, latwo powiedzieć! Ale jak sie już na takiego „ziemniaka” nastąpi...? No i ta niepowtarzalna woń... Odkrywam też inną teorię, która sprowadza się do wpywu ilości g... na brzegu rzeki na ilość ryb w konkretnych miejscówkach. Otóż czym bardziej o..słane miejsce tym mniej ryb! Czyżby himalajskie pstrągi, bardziej niż autochtoni, ceniły sobie czystość? Być może, ale nie to jest główna przyczyną opisanej sytuacji. Otóż na brzegu Beas w dużej mierze załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne miejscowi „gliździarze”, którzy jak na niemal całkowitych wegetarian w zimnym, himalajskim klimacie przystało, jedzą i s...łają, s....łają i jedzą. No i oczywiście łowią. Praktycznie wszystkie miejsca do których da się dojść z brzegu są przeraźliwie puste. I ... obsłane... Ach, gdybym tak mógł tylko być na przeciwnym brzegu! Tam z całą pewnością zabrązowienie kamieni jest mniejsze, woń kwiecia mile uwodzi zmysły a ludziom żyje się lepiej i dostatniej... Moja tęsknota za choćby najmniejszym mostkiem, najbardziej wątłą kładeczką rośnie dodatkowo gdy dostrzegam po przeciwnej stronie Beas dwóch jegomości wyposażonych w ultranowoczesne teleskopy typu „Strieła” czy insza „Katiusza”, taszczących ze sobą pięknego, przynajmniej półmetrowego pstrągala. To powoduje, że jeszcze bardziej przykładam się do roboty, młucąc nimfami każde, najmniejsze nawet, ale rokujące jakieś nadzieje miejsce. Tak dochodzę to muru oporowego zbudowanego z kamieni powiązanych w poteżnych metalowych siatkach. Dalej młucę. Aż tu nagle z małej rynienki przy samiutkim murku wymłucam dwa przyzwoite, ponad 30-centymetrowe tęczaczki. Honor uratowany! Już nie chce mi się dalej łowić. I aby nie powodować u czytelnika uczucia, że tekst ten jest o problemach gastrycznych plemion himalajskich, nie wspomnę dlaczego...

Nasyciwszy oczy i nozdrza urokami odcinka rzeki położonego w górę od ośrodka, ostatnią turę postanawiam odbębnić na może brzydszym, ale oferującym mniejsze wrażenia aromatyczne, dolnym kawałku Beas. Zaczynam od miejsca gdzie pierwszego dnia straciem moje pstrągowe himalajskie dziewictwo. I tu okazuje się, że można to zrobić dwa razy! Jeden z pierwszych rzutów nimfą na dłuższym sznurze, spłynięcie much w rynnę pod brzegiem i deja vu! Znany mi obraz zwiniętej w ciasnej pętli ryby i ruch linki. A potem to już znajoma historia... Kilkunastometrowe odjazdy po falach, metrowe świece, młynki... Koniec też jest taki sam. Tylko, że tym razem biorę zapobiegliwie ze sobą aparat fotograficzny. Szybko robię zdjęcie grubaśnemu tęczakowi, który jednak jest „na oko” kilka centymetrów mniejszy niż ryba z pierwszego dnia. Ale te swoje czterdzieści i kilka „centów” ma. Stan euforii studzi deszczyk, który przez chwilę zawisł nad doliną. Bojąc się o aparat przeczekuję go pod ogromnym, wbitym skośnie w ziemię kawałem skały. Siedzę tak sobie i myślę, jak to fajnie by było kiedyś zamieszkać nad taką rzeką... Tylko mniej o...słaną... Pstrągów też mogłoby być w niej ciupkę więcej. Góry są w zasadzie OK, ale jak kiedyś napisał mi Grześ w darowanym albumie o polskich „horkach”: „Skądkolwiek wieje wiatr, zawsze ma zapach Tatr”. Taaak, sam tego zapewne nie wymyśli... Ale ładnie to powiedziane... To dobra idea aby przenieść Beas w Tatry, albo Tatry nad Beas. No i te ich himalaskie domki. Gdzież im do wysmukłego, witkacowego stylu zakopiańskiego! Jakies takie małe, krępe i pokraczne. Czym się tu zachwycać? Aha, i jeszcze ten monsun! Przecież tu przez ponad pół roku nie można łowić. Bo jak nie sniegi topnieją, to padają. A jak już spłyną, to zaraz zaczyna deszcz lać. I tak „w koło Macieju”... Pewnie jeszcze bym sobie tak trochę o ciekawych rzeczach porozmyślał, ale nagle coś srodze ugodziło mnie od tyłu w czachę. Poderwałem się na nogi, a przynajmniej próbowałem się poderwać, bo powtórnie zostałem sprowadzony do „pozycji świstaka” /wtajemniczeni widzą jak to wygląda, prawda „Sqrciu”?/. Dopiero gdy na mózgownicy zaczęły mi wyrastać dwa wielgaśne guziska, niczym rogi kozicy, uzmysłowiłem sobie, że przecież ja siągle tkwię pod tą p...ną skałą! Na dodatek przysnąłem przy mym „mądrym” rozmyślaniu i tak zdrętwiałem, że pewnie już do końca życia będę musia poruszać się taczając się wokół wasnej osi. Na dodatek zrobiło się dośc późno i chłodno. Nic to. Przetoczyłem się kilkanaście metrów w dół rzeki, zrywając po drodze parę nimf i ku swojemu zdumieniu wyjąłem nawet jeszcze jednego pstrąga tęczowego, zacnego „trzydziestaka”.

Na szczęście nie był to mój na Beasie bój ostatni, choć resztę wyjazdu musiałem spędzić wiernie towarzysząc mojemu „Super Duo” zwiedzając wspomniane na wstępie świątynie /na szczęście nie wszystkie.../, jeżdżąc na wspomnianych konikach /na szczęście dla moich dolnych partii niezby długo i szybko/, kupując tanki /na szczęście nie te z „Czterech pancernych i psa”, tylko malunki buddyjskie przedstawiające tkzw. „Koło życia”/ i inne przeznaczone dla przyjezdnych wytwory rękodzieła, nie koniecznie artystycznego. Było fajnie...

Ale gdy wracając do New Delhi nocowaliśmy w XVI-wiecznym forcie Nalagarh, w uszach szumiała mi rzeka, gdy usiadem przy biurku w pracy zalegajęce na nim papiery przybrały nagle obraz jej spienionych nurtów, zaś skowyt dzikiego delhijskiego ruchu ulicznego za oknami uładał się w jedno jakże piękne słowo: BBB-EEE-AAA-SSS...

Przemek Lisowski

.


.


.


.


.


.


.


.


.


.


<< PowrótOceń artykuł >>

Autor Komentarz
Łukasz Bartosiewicz
Super!!! Dowcipny i cięty język, ekstra styl. Czyta się niesamowicie.
Zbigniew Szwab
To tak daleko, a dzieki Tobie tak blisko :) Swietnie sie czytalo :)

Pozdrawiam Zbyszek
Artur Tokarczyk
Brawo Panie Przemku.
Nie zastanawial Pan sie czy nie napisac ksiazki? Sluze pomoca z zakresu DTP i byc moze wydawca. Pozdrawiam to naprawde przepiekny tekst.
(przepraszam za brak polskich liter cos wysiadlo w kompie).

Galeria zdjęć
L4FF
Email:
Haslo:
Zaloguj automatycznie
przy kazdej wizycie:
Zaloz konto
Gorące dyskusje
Na Forum
Renaelva 2019
Trzy minuty z naszej
tegorocznej
10-dniowej wyprawy
do Norwegii na rzekę
Renę. Łowiliśmy
głównie lipienie,
zarówno
Propozycje na naszywkę Forum FF

 [tally] 7

 [tally] 5

 [tally] 10

 [tally] 12

 [tally] 81

 [tally] 10

 [tally] 1

 [tally] 4

 [tally] 19

 [tally] 8

 [tally] 19

 [tally] 93

 [tally] 24

 [tally] 6

 [tally] 7
głosów: 306 więcej >>
Copyright © flyfishing.pl 2002
wykonanie focus