| |
Przestałem Cię rozumieć już kompletnie.
Dla mnie No Kill to nic innego jak miejsce do łowienia ryb i ich wypuszczania. Zgodnie z moją dzisiejszą wiedzą jest to tylko i wyłącznie basen, obszar rzeki, gdzie wrzuca się ryby, które z punktu widzenia wędkarza dają przyjemność z łowienia. Im dłużej będziemy je wypuszczać tym dłużej będziemy mogli je łowić. To proste.
Z punktu widzenia przedłużenia gatunku, rozmnażania nie daje to nic. Warunki jak i materiał wpuszczany do tychże No Kill jest kiepski, wątpliwie wartościowy pod tym względem.
Teraz odniosę się do wyjazdów 50-100 km. Jeśli Ty definiujesz wyjazd wędkarski jako coś, co ma się opłacać to w moim rozumieniu stawiasz się na równi z byle gumofilcem. On płaci za kartę pincet(500 zł) i ma mu się zwrócić. Każdy wyjazd ma się zwrócić. A Ty piszesz o dwóch rybach. Ból dupy? Że inwestycja w zanętę, robaki czy inne akcesoria?I że to się może nie opłacić?
Mój drogi. Przyszła chwila aby zdefiniować i redefiniować czym jest wędkarstwo jako takie. Oddzielenie odcinków No kill od mateczników bo w moim myśleniu, to nie jest tożsame. To dwie różne kwestie.
Oddzielenie zabierania ryb od niezabierania i z jakiego to jest powodu.
Ja nie rozumiem słów:
"Wyobrazasz sobie że ktoś przyjedzie nad San (Lesko) aby złowić i wziąć dwie dozwolone sztuki ryb? Z Polski.
Rzeszowa, Krakowa, Śląska nie mówiąc już o Warszawie? Ja sobie czegoś takiego nie wyobrażam"
Zobacz, że rozmawiamy tu/piszemy o tym, że czy się coś opłaca czy nie. Czy No KIll jest OK czy nie jest OK. Co jest matecznikiem a co nie jest. Włączamy do tego jakieś zabory, Niemców? Do jakiego poziomu sprowadzamy dyskusję, że podpieramy się tu takiem przykładami.
Jeśli nie zrozumiemy dzisiaj, jako grupa, pasjonatów( tu mam duże wątpliwości czy jest tego choć 15%), że w tym przypadku rzeka to nie jest coś stałego, że działa na nią szereg czynników, które definiują to co w niej żyje i czy może żyć to będzie to co raz bardziej kwestia konsupcjonizmu ale nie w postaci mięsa tylko emocjonalnym. I tak druga kwestia jest do zrozumienia.
Redefinicja wędkarstwa w całości a w naszym przypadku wędkarstwa muchowego. Ale do tego trzeba wielkiej wyobraźni, zrozumienia przemian, wiedzy( szerokiej).
Bami bardzo dobrze przedstawił, może w sposób trochę futyrystyczny, jak będzie wyglądało wędkarstwo za 50 lat.
Jak patrzę w co wyposażeni są wędkarze łowiący z łodzi, w jaką technologię to śmiem twierdzić, że to zaczyna się już dziać.
C&R. Rozumiesz. Zły/dobry. Ja też. Rozum mam.
Jak wiec wytłumaczyć łowiska NO KILL? Mateczniki? Miejsca utrzymania stad tarłowych? Może je zlikwidować
i przejść na wyższy poziom. REZERWATU. MATECZNIKA. Czy źle rozumuję.
Wracając do etycznego powodu wyjścia na ryby jako "wyjścia po rybę". W jaki sposob, komu i jak masz to
limitować? Na państwowych wodach. Nie prywatnych bo takich nie ma. Zwłaszcza rzek. Przecież takiego
czegoś nie będzie. Chyba że "za Niemca" lub "Ruska". Wtedy jestem w stanie w takie coś uwierzyć. Pytanie
czy o to nam, chcącym mieć ryby (dzikie!!!!) w wodach chodzi? Widząc jak to było za okupacji (z książki która
tu przytaczalem) do Sanu nie mogłeś się zbliżyć bo walili do ciebie z karabinu. Obojętne z której strony brzegu.
Może dlatego że była to granica pomiędzy "przyjaciółmi".
Zabijanie dozwolone dla pozyskania ryby/mięsa. Wiesz co. Nie pamiętam od ilu lat przestałem jeździć na
"zalew". Miedzy innymi dlatego że wyjazd "po rybę" zwyczajnie się nie opłaca. Gwarancji jej złowienia nie
masz żadnej, A jeżeli ci się to uda po zrobieniu ok 50-100km w obie strony to masz śmieszne limity. Karpi
możesz sobie wziąć 2szt. DWIE SZTUKI, napiszę to jeszcze raz. Okoni chyba 5szt. Jak wiec po
zainwestowaniu (niepewnym) w paliwo, zanętę, przynęty, inne ma ci się to opłacać? W jaki sposób?
Mój rozum matematyka, zdrowa logika i ekonomia nie pozwala mi na to abym to robił. Wolę już jechać na No
Kill i się pobawić w męczenie. Nałowienie się "do syta i bólu rąk" jak już tu ktoś (chyyyyba @mart) pisał. Nie
bólu duuuuuupy że znowu nic nie brało, nic nie złowiłem, bo .... może nie ma tu już ryby. Którą mogę złowić i
wziąć w ilości 2 szt.
Wyobrazasz sobie że ktoś przyjedzie nad San (Lesko) aby złowić i wziąć dwie dozwolone sztuki ryb? Z Polski.
Rzeszowa, Krakowa, Śląska nie mówiąc już o Warszawie? Ja sobie czegoś takiego nie wyobrażam. Masz
przyjechać, złowić dwie ryby, zapisać i spier****ć z wody aby nie męczyć ich dalej. Oraz tych, którzy to widzieli
i nic nie złowili. Tych, którzy czekają aby wejść w obłowione przez Ciebie miejsce i zrobić to samo. To co
nakazuje im ktoś. Nie ważne czy "specjaliści od znęcania się", czy tworzący regulamin łowiska.
Nie wyobrażam sobie poprostu takiej sytuacji. Takiej jaka jest/miała być w Niemczech że złowioną rybę masz
zabrać. Ani logicznie, ani fizycznie, ani ekonomicznie. Przy takich przepisach kłusownictwo opanowałyby wody
i to co w nich żyje. Nikt logicznie myślący nie wędkowałby a gospodarze łowisk (nieopłacalnych) pozbyli by się
ich szybko. Wiec co? Zabory mogą nas tylko uratować i terror rządzenia? Oby nigdy nie.
|