| |
C&R. Rozumiesz. Zły/dobry. Ja też. Rozum mam.
Jak wiec wytłumaczyć łowiska NO KILL? Mateczniki? Miejsca utrzymania stad tarłowych? Może je zlikwidować
i przejść na wyższy poziom. REZERWATU. MATECZNIKA. Czy źle rozumuję.
Wracając do etycznego powodu wyjścia na ryby jako "wyjścia po rybę". W jaki sposob, komu i jak masz to
limitować? Na państwowych wodach. Nie prywatnych bo takich nie ma. Zwłaszcza rzek. Przecież takiego
czegoś nie będzie. Chyba że "za Niemca" lub "Ruska". Wtedy jestem w stanie w takie coś uwierzyć. Pytanie
czy o to nam, chcącym mieć ryby (dzikie!!!!) w wodach chodzi? Widząc jak to było za okupacji (z książki która
tu przytaczalem) do Sanu nie mogłeś się zbliżyć bo walili do ciebie z karabinu. Obojętne z której strony brzegu.
Może dlatego że była to granica pomiędzy "przyjaciółmi".
Zabijanie dozwolone dla pozyskania ryby/mięsa. Wiesz co. Nie pamiętam od ilu lat przestałem jeździć na
"zalew". Miedzy innymi dlatego że wyjazd "po rybę" zwyczajnie się nie opłaca. Gwarancji jej złowienia nie
masz żadnej, A jeżeli ci się to uda po zrobieniu ok 50-100km w obie strony to masz śmieszne limity. Karpi
możesz sobie wziąć 2szt. DWIE SZTUKI, napiszę to jeszcze raz. Okoni chyba 5szt. Jak wiec po
zainwestowaniu (niepewnym) w paliwo, zanętę, przynęty, inne ma ci się to opłacać? W jaki sposób?
Mój rozum matematyka, zdrowa logika i ekonomia nie pozwala mi na to abym to robił. Wolę już jechać na No
Kill i się pobawić w męczenie. Nałowienie się "do syta i bólu rąk" jak już tu ktoś (chyyyyba @mart) pisał. Nie
bólu duuuuuupy że znowu nic nie brało, nic nie złowiłem, bo .... może nie ma tu już ryby. Którą mogę złowić i
wziąć w ilości 2 szt.
Wyobrazasz sobie że ktoś przyjedzie nad San (Lesko) aby złowić i wziąć dwie dozwolone sztuki ryb? Z Polski.
Rzeszowa, Krakowa, Śląska nie mówiąc już o Warszawie? Ja sobie czegoś takiego nie wyobrażam. Masz
przyjechać, złowić dwie ryby, zapisać i spier****ć z wody aby nie męczyć ich dalej. Oraz tych, którzy to widzieli
i nic nie złowili. Tych, którzy czekają aby wejść w obłowione przez Ciebie miejsce i zrobić to samo. To co
nakazuje im ktoś. Nie ważne czy "specjaliści od znęcania się", czy tworzący regulamin łowiska.
Nie wyobrażam sobie poprostu takiej sytuacji. Takiej jaka jest/miała być w Niemczech że złowioną rybę masz
zabrać. Ani logicznie, ani fizycznie, ani ekonomicznie. Przy takich przepisach kłusownictwo opanowałyby wody
i to co w nich żyje. Nikt logicznie myślący nie wędkowałby a gospodarze łowisk (nieopłacalnych) pozbyli by się
ich szybko. Wiec co? Zabory mogą nas tylko uratować i terror rządzenia? Oby nigdy nie.
|