| |
Nie chodzi o książki i czytanie. Popularyzacja, skuteczność, przekazywanie info, choćby na
miejscu (łowisku). Ludzie szybko się uczą na przykładach. Od innych. Zaczynałem FF po
Mistrzostwach Świata na Sanie. Kto mnie nauczył? Książki oczywiście już za dzieciska
przerobiłem i jak już wiele razy pisałem wzorując się na niej (i nie tylko) będą w 6-7 klasie
szkoły podstawowej robiłem muchy do sklepu wędkarskiego. Nauczyli mnie, pokazali na co i
jak przyjeżdżający nad San. Ojciec nauczył mnie na blaszkę (pstrągi) bo na robaka nie
wolno było, za bardzo pilnowali i i człowiek miał zasady. Później kula wodna. Do 1986r.
Później w Pewex ojciec kupił ABU GARCIA TREE STARS, jakieś klejonki polskie w
„sportowym”, włókno szklane pełne (chyba czeskie), później jakiś DAM (pusty szklak, to już
był wypas), itd, itd. Przyjeżdżający dawali blaszki francuskie MEPPS, jakieś żyłki
zagraniczne bo człowiek leciał na POLISPING albo STILON ze wspomnianego
„sportowego”, haczyki a zamieniali to za skuteczne na Sanie muszki.
Tak to było. To i „dostępność” nauczyły mnie i nie tylko wyrybiać skuteczniej rzekę.
Książka Józefa Jeleńskiego była u mnie w domu od roku 1983 z tego co pamiętam. A może
już w Stanie Wojennym. Przepisy (ręcznie pisane na kartkach w zeszycie) ojca na każda
nazwaną muchę z książki i literatury do teraz gdzieś chyba mam. Podobie jak i piórka i inne
materiały. Leżą jeszcze w pudełkach już od min. 40 lat. Każdą którą miałem czytałem zimą
na feriach lub będąc chorym i czekałem ze zniecierpliwieniem na sezon wędkarski. Później
jeździło się z ojcem i jego kolegą na Olszankę, Czarny (Chrewt), San. Na Strwiążu było
ciężko bo granica z „braćmi” obstawiona wojskiem.
|