|
Jadę na stopa z wędką i namiotem, szukać pracy indywidualnie, ale co z tego wyniknie.... nie wiem
Z antykonsumpcyjnym pozdrowieniem
Krzysiek
To po "huj" do pracy zabierasz wędkę? Do smażalni będziesz łowił? To jedź nad Wisłę albo Zegrze, na weekend będziesz mógł do domu zawitać. I tam jest pewny zarobek :)))
Już poznałem że jesteś marzycielem i romantykiem. To najgorsza cecha wśród facetów. Nie chciałbym takiego pracownika...
Z całą dozą sympatii Krzysiek - czas wziąć dupę w troki bo cię kobita słusznie pogoni z chałupy.
Praca jest. Mój kolega szuka kierowców do wożenia ludzi na ten przykłąd. 3 miesiące i porządnego ambitnego nie ma, co by nie żądał 4 tysiące na początek... U ciebie też jest w ciul roboty, tylko szukanie jej zajmuje 8 godzin dziennie - tyle co etat.
Mnie się wydaje że nie szukasz roboty, tylko łatwizny i ryb. Nie dziwię się. Ja też sobie nie połowiłem w życiu tyle, co bym chciał, a teraz już nie ma ryb. Smródkami też się nie jaram, ani specami.
Sztuczne tarlisko też mnie nie jara (choć fajnie że jest i niech sobie będzie proste - uwielbiam prostki, faszynę, paliki itp:)), bo czemu PZW go nie zrobiło przez ostatnie lata? Widać da się, tylko dobrej woli brakuje, może jeszcze umiejętności załatwiania czegokolwiek....
Są jednak wazniejsze sprawy niż wędkarstwo.
Nie przyszło ci to do głowy?
|