| |
Jedno zdarzenie głęboko utkwiło mi w pamięci. Około 20 lat temu łowiliśmy na początku marca poniżej ujścia Hoczewki na Sanie. Była odwilż,Hoczewka stała lodem ale na Sanie warunki były wręcz idealne. Woda ok.180cm w Lesku więc bez problemu przeszliśmy na drugą stronę Sanu tam gdzie stała zielona łódka zacumowana do brzegu,która służyła miejscowemu mieszkańcowi do przeprawy na drugą stronę do tzw. cywilizacji. Łowimy ze środka Sanu z wypłycenia i rzucamy na tą rynnę. Pogoda bajkowa,słoneczko,chyba ok 10st. na plusie.Między czasie na winklu od strony ujścia Hoczewki pojawiło się dwóch wędkarzy,jeden łowił z brzegu a drugi kilka metrów wszedł do wody. Około południa może lekko po,dobiega nas przeraźliwy łomot,trzask i dudnienie z drugiej strony rzeki. Naszym oczom ukazuje się najpierw potężna ''lawa'' zwałów lodu i śniegu na Hoczewce,woda na Sanie ''staje'' i zaczyna się mały armagedon. Zdążyliśmy tylko krzyknąć do wędkarzy z drugie strony spier.....cie i sami nie wiemy kiedyśmy ledwo zdążyli wrócić na lewy brzeg,ten od łódki. San na chwilę ''stanął'' a z Hoczewki olbrzymie masy połamanego lodu,krzewów i drzew zasnuły całe koryto Sanu. Woda skoczyła chyba ponad pół metra w górę błyskawicznie. O powrocie brodem nie było mowy. Po około godziny czy dwóch,stojąc na brzegu i obserwując niesamowity spektakl natury trzeba było pomyśleć o powrocie do auta,które stało na parkingu pod Hoczewką z drugiej strony. Na pomoc poszliśmy do domu gościa tego od łódki. Założył gumaki,ocenił sytuację i podjął się nas przewieźć na drugą stronę Sanu pośród płynącego lodu i kry. Na szczęście jakoś się udało,zniosło nas poniżej brodu ale byliśmy ocaleni. Gość jakoś szczęśliwie dotarł z powrotem sam,staliśmy dotąd aż nie dopłynął do siebie z powrotem. Za tydzień przysłowiowe podziękowanie czyli flaszka etc.
Powyższy przykład pokazuje,że z naturą nie raz człowiek jest bezradny i zawsze trzeba przewidywać różne scenariusze.
Pozdrawiam Witold.
|