| |
Osobiście uważam, że na wody P&L moglibyśmy płacić więcej. Zdecydowanie. Co raz
częściej oczekujemy, że jadąc nad wodę staniemy jak w basenie z rybami i chcemy łowić do
bólu. To jest niemożliwe.
Od zawsze mówię że nie wszyscy muszą łowić na muchę. To nie 100. Staw z karpiami,
leszczami czy plotkami. Rzeka górska to zupełnie coś innego.
Kiedyś była taka dyskusja tutaj, że łowienie mamusię powinno być dla wszystkich. Bo co jak
kogoś nie stać. Że sprzęt powinie być tani, dla kazdego.
May dwa wyjścia: albo ograniczymy liczbę wejść na łowisko i/lub liczbę wędkarzy na dany
dzień, albo zwiększymy składki o np. 200%.
Co do strażników. Każdy wykonuje taki zawód lub czynność jaki chce wykonywać. Pobiera
za to wynagrodzenie. Rozumiem, że wykonywana praca przez strażników jest trudna, bywa
bardzo ciężka i niebezpieczna. Ale to ich wybór. I chętnie bym płacił więcej za ich więcej nad
wodami czy z lepszym wynagrodzeniem.
To czy chodzą na ryby po pracy czy nie zupełnie mnie nie obchodzi. To jak każdy reaguje po
pracy, jak odpoczywa czy zachowuje balans to jego sprawa. Mnie nikt nie pyta czy jeżdżę
na ryby czy uprawiam turystykę górska żebym mógł odpocząć od mojej trudnej, często
wykańczającej psychicznie pracy.
"Opisany przez kolegę Stanisława tekst jest zwięzłą próbą odniesienia się do
zaistniałego
problemu, czy też problemów, jest próbą dźwignięcia wędkarstwa ..."
_______
Niby tak, próbą. Jestem tylko ciekaw ilu z nas wędkarzy jest gotowych zapłacić więcej za
pracę
innych? Za strażników którzy siedzą nocami nad wodą, w "pogodę", lepszą, złą lub
najgorszą,
próbując coś upilnować. Za pracowników okręgu którzy codziennie uganiają się za "czarną
zarazą"
żeby nie zjadła tego na co wszyscy (każdy spod swojego punktu) czekamy. Za jakie
pieniądze oni
pracują? Kto chciałby być na ich miejscu? Zamiast siedzieć w ciepłym domu, z rodziną,w
wolne
weekendy. Stoją jak czaple i marzną, tygodniami, od rana do nocy i walczą z czymś, z czym
nie da
się wygrać. Jedynie ograniczyć. Myślicie że te pieniądze które zarabiają są w stanie
wynagrodzić im
zmarnowany czas i życie dla tych którzy chcą sobie coś poholować. Oni już nawet ryb nie
łowią.
Czasami na zawody pójdą. Tak mają dość wody, ryb i wszystkiego co z tym związane.
"obcowania z
przyrodą". Takiego obcowania. Pod przymusem, nie z przyjemność jak Walton czy inny który
go
"poczytał". Dostaną jakąś pensję która w żaden sposób nie jest w stanie wynagrodzić ich
poświęcenia. Co gorsze nawet nikt tego nie szanuje. Uważają że jak zapłacą tak zwaną
"kartę
wędkarską" to wszystko im się należy. Ryby mają być, strażnicy mają pilnować, oni mają
tylko łowić.
Samo wychodzenie na wodę dla podziwiania piękna przyrody, bycie obserwatorem,
wszystko to to za
mało. Można to robić nie będąc wędkarzem.
Co z tego wszystkiego jakby cel który jest w rzece stał się nierealnym. Niestety ktoś musi na
to
zapitalać a inny powinien za to płacić. Każdy "konsument", każdy inny korzystający "z tego"
odpowiednio płacić. Nie grosze. Jestem ciekaw ilu z nas na to stać? Nie finansowo lecz
mentalnie.
Boję się że niewielu
Jak widzę codziennie te kormorany "patroszące" w pojedynkę lub grupowo każdy odcinek
rzeki,
nierówną walkę ochotników aby je dopaść lub "wyrwać" z wody, to to wszystko nie napawa
optymizmem na przyszłość. Wymrą, zapał wygaśnie, zdrowie się skończy a kolejnych na ich
miejsce i
z ich z poświęceniem raczej nie będzie.
I dalej będziemy czekać aż ktoś za nas coś zrobi, da sie wyru***ć idąc do takiej pracy
harując za
wszystkich innych. Walczyć z wiatrakami i niemożliwym. Szkoda mi ich bardzo. Mam
nadzieje że
wystarczająco dobrze zarabiają że "im się chce" choć szczerze w to wątpię.
To jest jeden z obrazów naszego wędkarstwa. Polskiego, ogólnego, wszystkich (niby) i dla
wszystkich. Niestety, wędkarstwa tylko do dojenia.
|