| |
Dziś pierwszy raz na trocie z muchówką. I prawie się udało... ale po kolei.
Początek bolesny: robiła się coraz większa lapma, a ja wciąż rzucałem jak przysłowiowy cieć, zachaczałem za plecami o byle roślinki, w ogóle jakoś ciężko było łowić, nowe warnunki, inna woda - ogólny szok kulturowy. Źle było. Ale usiadłem spokojnie, pomyślałem - i na początek dowiązałem do sznura (tonącego skądinąd) kawałek tego wolframowego leadcora z tajmienia (SA). Wytypowałem konkretne miejsce, wlazłem do wody, i zaczęłem działać metodycznie. No jednak jakieś tam doświadczenie procentuje, okazało się, że nie jestem aż taki zupełny leszcz
I w końcu doczekałem się nawet wyjścia troci. Skoczyła dość nerwowo za podciąganą w górę muszkę na łososiowej czwórce. Niewielka, ale gdyby tylko kłapnęła pyskiem, to byłby mimo wszystko duży sukces. Poszedłem jeszcze kawałek w dół, a wracając katowałem "moją" rybkę do zmroku. Jutro znowu ta rzeka. Fajna, bo ani za duża, ani za mała - w sam raz na kijka 7-8 dł. 2,85 (akuratniuśko m\takiego posiadam!
Nie będę tutaj prowadził dziennika moich urlopowych połowów, ale to było spore przeżycie. Po tym wyjściu wykonałem dwa telefony
|